środa, 30 stycznia 2013

Nieróżowo

Nie, to nie są różowe okulary. To nie jest też różowy filtr do obiektywu. Tak wygląda monitor mojego laptopa - ofiary gołoledzi.
Wczoraj, gdy wysiadałam z PKS-u trafiłam prosto na lodowisko. Nie byłam na to przygotowana i wyrżnęłam jak długa (nie tylko ja). Myślałam, że poleżę sobie do przyjścia Ziutka, ale jakieś dobre kobiety zaczęły mnie podnosić. Chyba jestem cała, ale poobijałam się.
Plecak trochę zamortyzował upadek, ale laptop poległ:( Chyba miał wstrząs swego mózgu, bo ma wszystko na różowo. To co było białe jest różowe! Już jest w serwisie. Na szczęście jest do uratowania, a dane nie przepadły.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Kampinos, włamywacz i zielone myszki



W niedzielę wyprawiliśmy się do Puszczy Kampinoskiej z biegówkami. Wybraliśmy zielony szlak, oczywiście nie cały, bo cały to ponad 10 km. Ziutek malkontencił od samego początku (bo stare narty, bo tępe, bo zimno w nogi itp.) Cóż, nie we wszystkim jesteśmy tacy zgodni i bieganie na nartach jest właśnie tą różnicą. Ja chciałabym z nim biegać, on woli inny wypoczynek. Ale był dzielny, kawałek na nartach przeszedł, a ja poleciałam dalej w las.
Do tej pory biegałam (a raczej chodziłam) po polu i po polnych drogach. Sama musiałam przebijać się przez zapadający się śnieg, a tu w Kampinosie szlak przetarty! Cóż za przyjemność! I to tego inni ludzie na biegówkach, pozdrowienia przy mijaniu się na szlaku, te poczucie wspólnoty, że są inni, którzy lubią to, co ja, że choć jesteśmy obcy, to coś nas łączy… Coś wspaniałego! Muszę pojechać tam jeszcze raz!
Przeżyliśmy też chwile grozy, bo myśleliśmy, że zgubiliśmy w śniegu klucze i nie mogliśmy dostać się do domu. Ziutek specjalista już prawie otworzył drzwi moją wsuwką do włosów. Aż wynurzył się sąsiad z naszymi kluczami, które znalazł wiszące u kłódki… cóż… skleroza… nie napiszę czyja, bo w sumie to nasza wspólna. Jedno zapomniało, drugie zapomniało sprawdzić pierwsze;)
Wróciłam wyprysznicowałam się w nowej łazience i zasnęłam razem z kotami. A w tym czasie po kuchni zaczęły grasować zielone myszki z dłuuugimi ogonkami!


Roladki z piersi z kurczaka ze szpinakiem i czosnkiem pieczone w rosołku (niestety z kostki, zgrzeszyliśmy pójściem na łatwiznę).
Pycha!

niedziela, 27 stycznia 2013

W tym roku nie będzie wakacji;)


Po remoncie łazienki zostało już tylko kupić do niej meble i umywalkę i trwało to . ładnych kilka lat. Ilekroć dojrzewałam do kupna mebli i umywalki, oglądałam meble i liczyłam, ile to będzie kosztować - rezygnowałam, bo wychodziło mi, że tyle co last minute np. w Grecji dla jednej osoby. Wybierałam wakacje i dalej schylałam się nad wanną by umyć zęby lub ręce:) A w miejscu przeznaczonym na umywalkę pięknie rozrastał się skrzydłokwiat.
W tym miesiącu kupiliśmy i prawie dokończyliśmy meblowanie łazienki (jeszcze lampki brakuje). Stało się to nie dlatego, że nie chcę jechać na wakacje, ani dlatego, że wygrałam w lotka i mam nadmiar kasy, zmusił mnie do tego ból kręgosłupa. Poległam na całej linii, już nie dam rady schylić się nad wanną (był dzień, gdy nie mogłam podnieść kubka z herbatą) i muszę mieć umywalkę! A jak już umywalkę, to i szafkę pod nią. A jak szafkę, to zrobiliśmy i resztę. I oto jest nasza nowa łazienka:)







Jak nie miałam ochoty na meblowanie, tak teraz bardzo cieszę się z tych mebli.
Chodząc po różnych sklepach w poszukiwaniu pasujących (małych) mebli, poczuliśmy się prawie jak na początku naszego małżeństwa, gdy urządzaliśmy nasze gniazdko. Ależ to było miłe;) Plus jest wielki, że mamy z Ziutkiem podobny gust i nie kłócimy się o kolory, kształty czy też wygląd. Mój warunek był jeden – meble mają być na nóżkach (bo łatwiej sprzątnąć, gdy coś się rozleje, a wiadomo, że w łazience zawsze ma co się rozlać). Gdy zobaczyliśmy te meble w sklepie od razu wiedzieliśmy, że to te. Do tego dobraliśmy z innego kompletu szafkę z lustrem, bo w naszym komplecie było tylko lustro z półką, a w małym mieszkaniu każdy schowek się przydaje. Nie widać, że to mebel z innej parafii;)
Niestety pożegnaliśmy marzenia o słupku – żaden nie pasuje wymiarami do naszej łazienki. Ale za to są dwie niskie szafki. Jeszcze przez chwilę postoi też plastikowa półeczka, później powędruje do piwnicy.
Prawie całą sobotę szykowałam łazienkę: kafelki umyte z góry na dół, każde żeberko kaloryfera też, podłoga czysta, że można z niej jeść. W końcu wstawiłam meble i poukładałam w szafkach (nie obyło się bez otchłani rozpaczy, bo jak to wszystko poukładać?). Jeszcze tylko kinkietu brakuje nad lustrem, ale kupimy go, gdy będę wiedziała jak jest ze światłem w łazience, na razie sprawdzam.
Podoba nam się. Oby tylko mój skrzydłokwiat dobrze rósł po przeciwnej stronie.


Ps. Dziękuję za rady pod poprzednim postem. Podniosły mnie na duchu i podsunęły kilka pomysłów. Trzymajcie kciuki, by reanimacja sukienki się powiodła.

sobota, 26 stycznia 2013

Stało się;(

Schrzaniłam najdroższy materiał, jaki kupiłam? Źle dobrałam wykrój, choć niby mój rozmiar, i kawał tkaniny pójdzie na marne? A starczyłoby pewnie na bluzkę ?
Dziś lub jutro postaram się cokolwiek z tego worka uratować. I pomyślę, jak kreatywnie wykorzystać odpadki. Może coś wpadnie mi do głowy?

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Kulinarny przegląd minionego tygodnia


Poza tym, że w sobotę ucztowaliśmy u Gruzinów, to miniony tydzień miał kilka innych atrakcji kulinarnych.
Najpierw ja się najadłam bardzo – bo poszłam za szefa na spotkanie i był pyszny lunch. We wtorek jedliśmy tylko jabłka odmiany Ligol. BO POLSKIE JABŁKA SĄ NAJLEPSZE I NAJZDROWSZE, choć w wielu miejsca próbują wmówić konsumentom, różne głupoty. W środę zestresowała mnie praca i musiałam wyżyć się w kuchni. Powstała: Potrawka czerwona
Duszona cebula, czosnek, puszka pomidorów krojonych, gotowana ciecierzyca, ziemniaki, puszka kiełków fasoli. Całość przyprawione sowicie curry, kminem rzymskim, zielem angielskim i tymiankiem. Zapomniało mi się o soli i pieprzu, ale ich braku nie odczułam. Do tego zielona fasolka i rzodkiewki.

W czwartek Ziutek dał czadu: gotowane na parze: filet z dorsza i miks warzyw podane z gotowanymi i podpieczonymi ziemniaczkami. Przyprawy pyszne, ale to tajemnica Ziutka, więc nie napiszę jakie
 
W piątek mój rewanżyk;) Potrawka biała, a’la Hindus: duszona cebula, czosnek w ząbkach, ciecierzyca, ziemniaki, kmin rzymski, mięta, sok z cytryny. Ciekawie to wyszło.

W niedziele znów mieliśmy jeść Ligole, ale sąsiadka przyniosła fajne przepisy i nie wytrzymaliśmy:)
Była zupa cebulowa według tego przepisu:
Zupa cebulowa z białym winem

przepis oryginalny
6 dużych cebul
6 łyżek masła
szczypta tymianku
1 liść laurowy
1 łyżka mąki
6 szklanek bulionu warzywnego
suszone grzyby
1 szklanka wytrawnego wina białego
1 opakowanie mozzarelli
pieprz sól

Modyfikacje Ziutka
6 dużych cebul
oliwa do smażenia cebuli
szczypta tymianku
1 liść laurowy
1 łyżka mąki
6 szklanek bulionu warzywnego
wytrawne wino białe
pikantny żółty ser
czerstwa bułka na grzanki
pieprz, sól

Cebulę kroimy w paski i zarumieniamy na patelni do miękkości, posypując tymiankiem i liściem laurowym. Po usmażeniu przekładamy ją do garnka z gorącym bulionem i podlewamy winem. Dodajemy sól i pieprz. Na koniec blend ujemy i dodajemy mąkę. Przed podaniem posypujemy tartym serem.
Grzanki Ziutka: czerstwą bułkę kroję w kostkę i zalewam mlekiem następnie wyciskam i smażę na oliwie do mocnego zrumienienia (jakoś w to nie wierzę… nie czułam tam mleka!)

sobota, 19 stycznia 2013

Karnawałowe szaleństwo



Po jednym z programów „Kuchenne rewolucje” zapragnęliśmy spróbować dań kuchni gruzińskiej. Nasi przyjaciele też oglądali ten program i postanowiliśmy wybrać się razem. Gotowi byliśmy wybrać się nawet do pokazywanej restauracji do Warszawy, ale okazało się, że po emisji programu mają takie oblężenie, że w sobotę to miejsca są dopiero na luty.
Wybraliśmy zatem inną restaurację. Zdaliśmy się na gust przyjaciół, którzy podróżowali już kilka razy po Gruzji, i odwiedziliśmy restaurację Gruzja (Georgia) w Aninie.
A oto pyszności, jakie jedliśmy
Bakłażany z orzechami to plastry grillowanego bakłażana z pastą z orzechów włoskich z ziarenkami granatu.

Gruziński burak - tarte buraki z orzechami włoskimi, czosnkiem i przyprawami (z prawej)
Lobio - zaskakujące połączenie czerwonej fasoli z orzechami włoskimi i kolendrą (po środku)
Phali ze szpinaku - coś jakby placuszki ze szpinaku z kolendrą, granatem, orzechami włoskimi i przyprawami. Jedyne czego nie zjadłam do końca – bardzo pikantne były (te zielone).

Z dań głównych próbowaliśmy:
Chaczapuri Imeruli - gruziński placek z trzema rodzajami sera (z prawej). Dla mnie bomba!
Chinkali - słynne gruzińskie pierogi z mięsem jagnięco-wieprzowym, które należy jeść rąkoma – rewelacja! Do zdjęcia pozował już tylko jeden:)
Szaszłyki wieprzowe i drobiowe (z lewej od góry)
Lulla Kebab - mielona jagnięcina z przyprawami (z lewej od dołu)

Nie obyło się bez deseru:)Smaczne ciasto orzechowo-miodowe

Była też gruzińska lemoniada estragonowa

A samo miejsce miłe, ustronne, obsługa dobra. Pewnie jeszcze tam zawitamy, a wszystkim polecamy restaurację Gruzja

* Dziękujemy przyjaciołom za cudowny relaks! Kiedy powtórka?

piątek, 18 stycznia 2013

Nie dla mnie nowa maszyna;(

Dziś przyszła lutowa Burda a w niej rozwiązanie świątecznego konkursu, w którym brałam udział.
Cóż, moje marzenie się nie spełniło i dalej będę tuptać na Singerze Babci i jeździć na Łuczniku Mamy.
A oto co szykowałam na święta:
Korpus Burda 8/2012 model 114 (rozmiar 38)
rękawy... kombinowane, cud że wyszły;)
Dół Burda 11/2006 (jedna z moich ulubionych) model 105
A kołnierz już znacie (tutaj było jak go reanimowałam)

Opinie po użytkowaniu całości:
Kołnierz musi mieć zatrzaski lub inne mocowania do tego, na czym ma leżeć, bo na tej tkaninie latał na wszystkie strony. Zapięcie na haftkę nie jest wygodne.
Korpus jest za duży, szczególnie na plecach, choć wg. tabeli jestem dokładnie 38.
Nie mam w domu dobrego lustra, którym mogłabym się obejrzeć w całości, nie wyłapałam tego wcześniej.
Pozostaje mi rozpuścić włosy i zasłonić plecy:)

Ale i tak jestem z tego zadowolona. I mam w czym wystąpić na naszej dorocznej konferencji w lutym.


wtorek, 15 stycznia 2013

Porządek w tkaninach



Ten wpis dedykuję Okkko z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia

Od dłuższego czasu zastanawiałam się, jak wygodnie i schludnie przechowywać tkaniny. Najpierw był to kartonik, potem mała torba podróżna, wreszcie szafa. Wreszcie spostrzegłam, że tonę!
Tonęłam, a właściwie nie ja, ale dna mojej szafy i garderoby tonęły w tkaninach. Gdy poziom materii osiągnął wiszące na wieszakach koszule, mus był temu zaradzić. Przeszukiwałam wątek o urządzaniu warsztatu na krawieckim forum szyjemy-po-godzinach, nurkowałam w ofertach różnych sklepów i wpadł mi pewien pomysł. Już, już miałam założyć osobny wątek i zapytać, czy moje rozwiązanie ma sens, gdy znalazłam wnętrze pracowni Okkko.
Okkko przechowuje tkaniny tak, jak ja zamierzałam. Zasypałam ją gradem pytań, czy się sprawdza, czy wygodne, czy nie niszczą się materiały, czy lepsze większe, a może mniejsze?
Okkko szybko rozwiała moje wątpliwości i oto w weekend mogłam udać się na zakupyJ
Kupiłam w Ikei zestaw Algot: ramę 100 cm, kosze druciane (bo miały większe dno) – cztery płytsze i jeden głęboki, półkę przykrywającą i kółka (choć w domu okazało się, że producent nie poleca kółek do ramy 100). Całość kosztowała około 200 zł.

Ziutek mi wszystko raz dwa zmontował i mogłam układać, w czym pomógł mi mój Flip Fold (marzyłam o tej amerykańskiej zabawce, jest już do kupienia w Polsce, a jak działa można zobaczyć tutaj).

Tkaniny są ułożone równiutko

Podział jest taki (od góry):
1.materiały nowe
2. materiały nowe
3. materiały, z których już coś szyłam, ale dużo zostało
4. podszewki, flizelinay, dodatki
5. resztki i nie wiadomo co

Całość wjechała do garderoby. Na czas pracy, czy planowania całość może wyjechać. Mogę też wyciągnąć łatwo pojedyncze szuflady. 
A było tak (w szafie, bo garderoby przed zmianą to strach pokazywać):
 
A u Was jak jest z przechowywaniem tkaniny czy też innych przydasiów do rękodzieła?
Podczas porządków w tkaninach zauważyłam, że zarówno w odzieży już gotowej, jak i w nowych materiałach przeważa kolor niebieski. Dziwne, bo gdyby mnie ktoś spytał o ulubiony kolor, raczej wybrałabym zielony:)

* powyższy wpis jest pierwszym etapem realizacji moich noworocznych postanowień - wszystko znajdzie swoje miejsce i będzie porządek

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Noworoczne zakupy i pierwsze szkice



Nie dałam rady powstrzymać się i ruszyłam na zakupy nowych materii.
Wymarzyłam sobie, że muszę mieć coś cekiniastego. Co, jeszcze nie wiem, ale materiał przecież można kupić.
Po zakup wypuściłam się do Giżycka. Już gdy podchodziłam do wystawy sklepowej dopadła mnie wszechogarniająca radość, na wystawie bowiem, z manekina mrugały do mnie tysiące cekiniastych oczek! Złotych i granatowych mieniących się we wszystkich kolorach tęczy! Wow! Tego szukałam! A w środku szok! Jeszcze czerwone, filetowe i srebrne cekiny!

Pani sklepowa powitała mnie okrzykiem: o! uszyła sobie pani! 
Poznała materiał, który równo rok wcześniej u niej kupiłam i uszyłam sobie z niego etolę. Wiadomo, że rozmowa jest już zupełnie inna, jak sprzedawca i klient się znają. Lubię ten sklep, bo pani sprzedawczyni sama szyje na zapleczu i często mi doradza i podpowiada różne krawieckie myki.
Kupiłam materiał na konkretną sukienkę (jaką, na razie nie zdradzę) oraz 2 m srebrnego cekiniastego. Nie wiem, co zwyciężyło, że tylko dwa metry i tylko srebrny – mój rozsądek czy moje skąpstwo? Cekiny tanie nie były – 50 zł za metr:) Nie lubię szyć z materiałów droższych niż 30 zł/m, bo boję się, że coś schrzanię. Pani sprzedawczyni pocieszała mnie, że tyle już szyję, że raczej nie zepsuję.
No to mam 2 metry cekiniastego i co mam z tego zrobić? NIE WIEM… wena mnie opuściła…
Weny brak, a ja jak głupia nabyłam kolejne tkaniny, tym razem w Olsztynie:) I też tylko na dwie sobie pozwoliłam, choć było więcej ślicznych i w dobrej cenie (czyli poniżej 30 zł/m). Rozsądek to czy skąpstwo?

A oto moje zakupowe zdobycze. Tematy około granatowe i około srebrne dominują u mnie w tym sezonie.
Z lewej Giżycko, z prawej Olsztyn, fotka z lampą i bez lampy, by choć trochę oddać kolory i błyski


Ten u góry to szary shimmer kresz z lycrą. Tak było na belce, ale co to jest, nie mam pojęcia!
Gdy ostatnio byłam u Babci i Dziadka (pozdrawiam:) ;) :p) przejrzałam styczniowy numer Claudii. To taka gazeta dla pań, jakby ktoś nie wiedział. I w tymże numerze są aż trzy strony z sukienkami srebrnymi, złotymi i czarno złotymi. Nie mogłam od nich oczu oderwać. Trochę mnie zainspirowały i zrobiłam pierwsze szkice tego, co być może uszyję. W rysowaniu orłem nie jestem, do tego powstały na szybko, ale dzielę się nimi i już :p

Pierwsze dwie podobne do sukienki uszytej na wesele brata (otej) z tym, że jedna ma w pasie wstawkę. Trzecia to zwykła princeska (bo ja kocham princeski:))

Z lewej jest coś w linii A, z prawej coś z drapowaniem – coś jakby to (Burda 7/2012)

I tak na koniec tego posta przyszło mi do głowy, aby z tego srebrnego shimmeru uszyć powyższe.
Na szycie mam trzy noce, bo dziś okazało się, że znów za szefa mam gdzieś galowo wystąpić.