niedziela, 31 lipca 2011

Kolejna książka



Na pożegnanie ze starą firmą dostałam książkę o kotach. Pyszczek z okładki chwyta za serce, prawda?
Zaczęłam czytać jeszcze zimą, a później w natłoku różnych spraw odłożyłam książkę na półkę. Teraz do niej wróciłam i z wielką przyjemnością przeczytałam.
Autorka – Angelika Juritsch w zabawny sposób opisuje kocie zwyczaje. Bardzo miło się to czyta. Kilka ciekawostek poznałam, np. że kotu łatwiej zapamiętać swoje imię jeśli jest w nim litera i. Zazdroszczę autorce podróżowania z kotem (nawet samolotem). Ale nie podzielam beztroskiego wypuszczania kota na zewnątrz i to z bloku, w którym jest domofon! W naszym kraju raczej to nie do pomyślenia, że wszyscy sąsiedzi będą tacy mili i zadzwonią do naszego mieszkania jak tylko zobaczą kotkę czekającą pod drzwiami.
Poza tym kotka, którą opisywała jest nieprzeciętna. Z wieloma kotami miałam do czynienia, wiele z rad autorki mogłabym z powodzeniem na nich zastosować, ale nie na naszej aktualnej kocicy. Sz. jest wyjątkiem od wielu reguł o kotach.

Wiem już jaką następną książkę o kotach będę czytać. To „Kot doskonały” Ann Bruce. Koleżanka kociara ją czyta i twierdzi, że to lektura idealna dla mnie:)

Ps. Okładka książki pochodzi ze strony Wydawnictwa REA

środa, 27 lipca 2011

Znowu broszka





Broszka na poprawę humoru. Robiona w nocy o północy. Wymęczona zupełnie jak ja od dwóch dni.
Koraliki własnej produkcji (pokazywałam je tu). Pytano mnie o tutka na takie koraliki, myślałam o tym i poddałam się. To moje pierwsze koraliki fimo (i jedyne - jeszcze) robiłam je na oślep i nie jestem w stanie tego powtórzyć. A że wyszły fajnie, cóż - przywilej początkującego:)
Broszka miała wyglądać zupełnie inaczej, ale jak to z sutaszem bywa, zaczynam od rozrysowanego roboczo projektu, a potem sutasz sam mnie prowadzi i to co wychodzi prawie nie przypomina tego, co pierwotnie zamierzałam wykonać:) To jest dla mnie niesamowite... z innymi technikami tak nie mam.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Czarne porzeczki na liściu

Sutaszowe kolczyki inspirowane naturą:)
Koraliki szklane wplecione w kolczyki naprawdę miały nazwę czarna porzeczka, nie pozostało mi nic innego jak dołożyć zielonych sznurków oraz paciorków i zrobić czarne porzeczki na liściach.
Kolczyki czekają na zamocowanie bigli. Mój zapas bigli niestety już się skończył, ale to przecież nie przeszkadza, aby powstawały nowe kolce. Pętelki zostawione, więc nie będzie problemu z doczepieniem zapięć.

niedziela, 24 lipca 2011

Z pamiętnika Golden Retrievera


Czułam nosem, że coś się będzie działo. Moja Pani często powtarzała, że pojedziemy do fryzjera i będę pięknym pieskiem. Przecież już jestem pięknym pieskiem, więc po co jeszcze jakiś fryzjer? Nie podobało mi się to, ale moja Pani tak się cieszyła tym fryzjerem, że nie chciałam jej robić przykrości i merdałam ogonem.
Zapakowali mnie do samochodu, straszne, nie lubię jeździć, bo zawsze się boję, że znów mnie gdzieś wywiozą do obcych ludzi. Moja Pani zaprowadziła mnie do jakiegoś dziwnego miejsca, gdzie strasznie śmierdziało. Czułam, że były tam też inne psy i wcale nie były tam szczęśliwe, o nie! Ale to nie był gabinet pana doktora. Jakieś samice człowieka stanęły nade mną i zachwycały się, jaki śliczny piesek, ba! Pewnie, że jestem śliczna! Tyle ich było, że nie widziałam, którą poprosić o głaskanie, zatem siadałam sobie i czekałam, aż któraś sama podejdzie.
I wtedy stał się koszmar! Moja Pani mnie zostawiła! Zostawiła samą w tym cuchnącym miejscu!
Nie wiem, ile to trwało, tarmosili mnie za łapy, za ogon, za sierść, moczyli, dotykali czymś warczącym, na szczęście moja Pani wróciła i zabrała mnie do naszego (uff!) domu.
Dostałam smakołyki i Pani zachwycona głaskała mnie i mówiła: jak śliczna, moja psia księżniczka! Nie wiem, czym się tu zachwycać, bo śmierdziałam okropnie.
Wieczorem podczas spaceru poczułam cudowny, urzekający zapach! Szybko odnalazłam jego źródło. To były resztki ryb niedojedzone przez koty. Tego mi było trzeba!
Położyłam się prawym bokiem, potem lewym bokiem i wytarzałam w tych cudownych aromatach! Wreszcie pachnę przyzwoicie! Teraz jestem prawdziwym ślicznym i pachnącym pieskiem.
Nie rozumiem tylko dlaczego teraz nikt nie chce mnie głaskać;( Nazywają mnie śmierdziuchem albo rybakiem… Nie rozumiem ludzi, przecież tak ładnie pachnę…

sobota, 23 lipca 2011

Wyróżnienie - dziękuję

Dostałam wyróżnienie od Barbaratoja i Tintin. To blogi, na które zaglądam z wielką przyjemnością, a ich autorki zna już moja rodzina, z moich opowieści oczywiście. Dlaczego o nich opowiadam? Bo są super! Sami poczytajcie:)

Bardzo dziękuję za to wyróżnienie
Zasady związane z wyróżnieniem
- Umieścić podziękowania i link do blogera, który przyznał nagrodę
- Skopiować i wkleić logo na swoim blogu.
- Napisać o sobie 7 rzeczy.
- Nominować 16 innych blogerów (nie można nominować blogera, który Wam przyznał nagrodę)
- Napisać im komentarz, by dowiedzieli się o nagrodzie i nominacji :)


Pierwsze spełnione, drugie też, teraz chyba najtrudniejsze trzecie - czyli napisanie o sobie. Co ja mam o sobie napisać?

1. Lubię owoce, szczególnie: czereśnie, maliny, borówkę amerykańską, jagody leśne i kamczackie, jabłka i grejfruty. Nie lubię za to gruszek i melonów (choć melon to dla niektórych warzywo;))
2. Lubię koty, one też mnie lubią, wyjątkiem jest moja gadzina Sz. Walczymy o względy Ziutka i miejsce w stadzie.
3. Nie cierpię sportu. W szkole średniej miałam zwolnienie z WF przez 3 lata i to była jedna z lepszych rzeczy, jakie mnie w życiu spotkały:))) To, że nie lubię nie znaczy, że leżę plackiem:) Kocham pływać, biegać na nartach i strzelać. Staram się codziennie przez kwadrans gimnastykować, od kilku tygodni udaje mi się wytrwać w tym postanowieniu.
4. Lubię szyć, to jedyna technika, która mnie nie nudzi. Pozostałe miały w moim życiu swój czas, ale odeszły, a szycie od hmm 20 lat? jest i jest:) i oby jak najdłużej. Swój czas miały: haft (gdy miałam 10 lat skończyłam kurs haftu w kole gospodyń wiejskich:)), frywolitki, szydełko, malowanie na jedwabiu, makrama, troszkę druty, malowanie pastelami i akwarelami. Czekam na malowanie farbami olejnymi, tkanie na krosnach, ceramikę. Swój czas ma filcowanie i sutasz:)
5. Ponad rok temu dowiedziałam się, że nie powinnam jeść wielu produktów, na tej liście są moje ukochane marcepany (migdały). Przestrzeganie diety jest dla mnie koszmarem... bo bardzo lubię jeść:) Wiem, wiem nie widać tego:) Wokół tego tematu kręci się teraz moje życie;(
6. Lubię przyrodę, głównie rośliny. Są dla mnie najlepszą inspiracją, dają wytchnienie i radość.
7. Kiedyś grałam na pianinie, to było fajne, ale już zapomniałam niestety:(




Nominować 16 innych blogerów (nie można nominować blogera, który Wam przyznał nagrodę)
Dlaczego aż tyle i tylko tyle? Jest tyle miejsc, które zasługują na nominację, że 16 to mało, nie chcę nikogo pominąć, więc - wybaczcie - nie wyróżnię nikogo.
Ten znaczek należy się nam wszystkim:)

Coś się kroi…

Tak wygląda mój warsztat pracy. Powstaje coś nowego:) Po kilku tygodniach zajmowania się jedynie filcowaniem, bardzo stęskniłam się za szyciem. Tym razem będę szyć na Singerze (ale nie tym ze zdjęcia, bo jestem u rodziców).
Jest tylko jeden mały problem: jak wszyć kryty zamek Singerem? Do Łucznika mam specjalną stopkę, stare Singery nie przewidywały specjalnych stopek, bo gdy je produkowano nie było krytych zamków. Chyba nawet wtedy wcale nie było zamków błyskawicznych… Wujek Google mówi, zamek błyskawiczny opatentował szwedzki inżynier Gideon Sundback w 1917 roku. Moja maszyna jest mniej więcej z tego okresu.
U rodziców jest duży stół i koleje ubrania chciałam na nim przyzwoicie skroić, a nie jak powyżej na podłodze. Zabrałam wszystko, kilka numerów Burdy z wykrojami, zwój kalki od odrysowania form, materiały, flizelinę, szpilki, centymetr, ale zapomniałam maty i noża krążkowego;( Mama stwierdziła, że trudno, skroję starym sposobem, jak robiła to Babcia. Nie mam jednak zamiaru wracać do tego, za bardzo lubię mój nóż, bardzo mi ułatwia pracę i późniejsze szycie jeśli każda część jest równo z identycznym zapasem skrojona. Zatem u rodziców na stole zrobię sobie jedynie formy (będą to spodnie o nietypowym fasonie i spódnica z kokardką z tyłu).
Na zdjęciu po prawej jest mój UFOk sprzed blisko 10 lat, mam zamiar go wykończyć w tym miesiącu. Oby się udało:)

środa, 20 lipca 2011

Kolejna książka


Przeczytałam opowiadania Janusza Leona Wiśniewskiego (autor „Samotności w sieci” – książki, która bardzo wpłynęła na moje życie i trochę w nim zmieniła). Choć po ostatnich jego książkach obiecywałam sobie, że dość, już więcej nie sięgnę po tego autora (mam podobnie z Coelho, choć jego „Alchemik” również był dla mnie ważny i pomógł podjąć ważną decyzję), to jednak się skusiłam. A wszystko przez Mamę. Kupiła sobie na drogę zbiór opowiadań tego autora, przyjechała do mnie i książkę zostawiła.
Przeczytałam, pobeczałam się kilka razy. Najsmutniejsza dla mnie historia jest niestety prawdziwa… słyszałam o tym zdarzeniu, autor tylko przeniósł ją na współcześniejszy podwarszawski grunt.
Jak zwykle u Wiśniewskiego dużo erotyki, opisanej całkiem ładnym językiem, dużo filozofii (w dwóch opowiadaniach było o Freudzie), w 4 opowiadaniach na 7 opublikowanych pojawił się motyw związku starszego mężczyzny z młodszą kobietą. Tym razem było bez dopaminy, ale była za to była hypnotyna:)
Świetne było opowiadanie o miłości do… samochodów, w którym każdy pojazd miał swoje kobiece imię (Tisi, Disi), a straszne, wręcz makabryczne był o młodej mężatce, u której wynik testu na HIV był pozytywny.
Był też zbiór odpowiedzi na pytania Leszka Kołakowskiego i z tych podpowiedzi pochodzi poniższy cytat:
„Znajdowanie szczęścia stało się ostatnio zajęciem kultowym. Ludzie szczęśliwi tylko z tego powodu, że budzą się rano, są zdrowi, mają bliskich wokół siebie i cieszą się smakiem truskawek z własnego ogródka, są powoli sprowadzani do grupy nieudaczników bez ambicji: „wysuszyli się i odarli z pełni możliwej”. Szczęście zostało ostatnio zdefiniowane inaczej. Dzisiejszemu człowiekowi wmawia się ze wszystkich stron, że nie wolno mu zatrzymywać się w poszukiwaniu szczęścia. Czy jeśli każdego dnia, każdego miesiąca i każdego roku nie wydarzy się coś „większego” lub „ważniejszego”, to znaczy, że utraciliśmy szczęście? Mam wrażenie, że taki perwersyjnie nieprawdziwy model, narzucany przez media, powoli wkrada się do naszego życia. To samo szczęście następnego dnia staje się tak nikomu nie potrzebne jak wczorajsza gazeta”.

Cytat wpisuje się świetnie w opisywane przeze mnie ostatnio temat. Gretchen Rubin też poszukiwała szczęścia, ale jej szczęście było właśnie takie „truskawkowe, bez ambicji”. Niech mówią sobie co chcą, że to bez ambicji, ale chciałabym przez resztę swojego życia być szczęśliwą z tego powodu, że budzę się rano… nie dzieją się u mnie rzeczy „większe”, ani „ważniejsze”, za to są truskawki, maliny, ogórki i cukinia z własnego ogródka:) Zatem idę je coś z tego zjeść, życzcie mi smacznego

wtorek, 19 lipca 2011

IX Festiwal Róż i Święto Kwiatów w Ogrodzie Botanicznym UW


Na zaproszenie Wiewióry spędziłam w ogrodzie dwa miłe dni filcując pod bardzo starym klonem. Miałyśmy mini pokaz filcowania na mokro.
Trafiło nam się dużo szczęścia, bo spotkałyśmy samych miłych ludzi, fajne dzieciaki zaciekawione bardzo filcem. Byli też chętni do zakupu naszych prac. Niektórym nie przeszkadzało nawet to, że prace są jeszcze mokre:)
Powstawały głównie broszki kwiaty (nawiązanie do święta, jakżeby inaczej!) oraz etui na komórki z motywami kwiatowymi.

Wróciłam do domu z kwiatami (róże i anturium), pełna radości, dobrych myśli, energii i... z zapaleniem migdałków. Tak, tak nie ma to jak pochorować się w środku lata. Niestety muszę brać antybiotyk, nie dało się inaczej;( I to mnie najbardziej smuci. Ale po 3 dawkach już jest dużo lepiej:)

poniedziałek, 18 lipca 2011

„Projekt szczęście” – skończyłam, podziękowania i refleksje

W minionym tygodniu skończyłam czytać tę książkę. Wiem, że to już czwarty wpis, który jest o tej książce, ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie i jest tego warta. Czyta się lekko, przyjemnie. Przyjazny styl porusza miłe struny ducha, wzrusza, daje radość i energię do wielu działań, a tym samym do poszukiwania własnego szczęścia.
Jeszcze zanim skończyłam czytać postanowiłam zacząć swój własny projekt szczęście. Pod koniec książki okazało się, że autorka zachęca właśnie do czegoś takiego, podsuwa dodatkowe pomysły, wskazówki. Zaprasza na swą stronę internetową (http://happinessprojecttoolbox.com/), gdzie można prowadzić swój projekt (publiczny lub nie) i zapisywać swoje postanowienia oraz efekty. Można zgłosić się do niej po zestaw startowy, gdy chce się założyć grupę dla osób rozpoczynających projekt lub sprawdzić, czy gdzieś w okolicy taka grupa istnieje (ale to pewnie tylko w USA).
A teraz kilka słów o polskiej wersji, jako że dotarłam do ostatniej strony, której zwykle nikt nie czyta, a podaje istotne informacje.
Książkę wydało Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Papier, którym zachwycałam się już od samego początku to Ecco-Book Cream 70 g/m2 wol. 2,0.

Gdy czytam książki, gazety to lubię łapać błędy (tak się czasem bawimy z bratem, najbardziej lubimy błędy rzeczowe). Nie trafia się często, abym nic nie wypatrzyła. To normalne, że błędy się zdarzają, nawet najlepszym, jednak zbyt duże ich nagromadzenie zakłóca odbiór lektury. I tu chylę czoło przed zespołem, który pracował nad polską edycją. Nic nie znalazłam, wszystkie zdania były logiczne i spójne, nie trafiłam na literówkę (ukłony dla pań korektorek). Do tego książka graficznie i edytorsko dobrze zrobiona. Odstępy miedzy wierszami miłe, niemęcząca oczu czcionka. Spójność i jednolitość każdego rozdziału. Myślicie, że to takie proste? Kto choć raz miał do czynienia z redakcją, korektą lub składem graficznym – to wie, że nie.
Zwykle to sztab ludzi pracuje nad tym, wkłada w to dużo pracy, a jakoś tak dziwnie ich się pomija, albo umieszcza na końcu książki. Dlatego pozwolę sobie przywołać ich nazwiska.
Redaktor prowadzący: Katarzyna Piętka
Opieka merytoryczna: Magdalena Korobkiewicz
Redakcja: Katarzyna Nowak
Korekta: Magdalena Szroeder, Malwina Łozińska, Krystyna Wysocka
Opracowanie DTP, redakcja techniczna: Joanna Piotrowska

Dziękuję za doskonałą pracę nad książką i przyjemność, jaką miałam podczas czytania polskiej edycji

Dziękuję też tłumaczce (tłumacz jest podawany na początku) Monice Walendowskiej oraz samej autorce Gretchen Rubin.

I jeszcze kilka refleksji…
W komentarzach do poprzedniego postu o tej książce dwie osoby napisały (dziękuję, że zechciałyście podzielić się swymi przemyśleniami), że szczęścia nie można się nauczyć. Samego szczęścia nie, ale można zadbać aby nasz odbiór otaczającego świata był pozytywny. Można mieć super pracę, która pozwala związać koniec z końcem bez trudu, można mieć dom, zdrowe dzieci i nie cieszyć się niczym. Rubin pokazuje na własnym przykładzie jak można inaczej spojrzeć na świat. Można nie mieć zdrowia, pieniędzy na wiele potrzebnych do życia rzeczy, pracy, czy rodziny, można mieć masę różnych kłopotów, ale można nauczyć się innego myślenia i karmić swój umysł właśnie dobrymi myślami.
Kiedyś, gdy padałam zmęczona do łóżka myślałam tylko o tym, ile mam do zrobienia i czego nie udało mi się jeszcze zrobić, a co jest konieczne. Czy po takich myślach śpi się przyjemniej? Nie, a jeśli dłuższy czas tak się myśli, to tylko można się sfrustrować i dojść do wniosku, że jest się nieudacznikiem. Takie myśli raczej nie sprawią, że poczujemy się szczęśliwi. Ale jak spróbujemy skupić uwagę na tych choćby niewielkich sukcesach i sytuacjach, z których jesteśmy zadowoleni, to da nam to więcej siły do dalszego działania i sprawi, że radośniej spojrzymy na świat. A tu już ciut, ciut do szczęścia:)
A czym można się tak ucieszyć? A na przykład tym, że radio w aucie wreszcie działa i w drodze można posłuchać miłej muzyki:), albo tym, że leczo wyszło smakowite, albo telefonem od miłej osoby, serdecznymi ludźmi spotkanymi w kolejce po chleb. Wszystkim, poszukajcie same i powiedzcie sobie przed snem, choćby 5 takich rzeczy każdego dnia.

środa, 13 lipca 2011

Projekt szczęście – inspiracje


Aby być zadowolonym, potrzeba energii, wielkoduszności i dyscypliny,
a mimo to wszyscy sądzą, że szczęśliwy człowiek taki się po prostu rodzi
.”
[str. 294]

„…niektórzy są nieszczęśliwi, ponieważ nie chcą narzucać sobie trudności związanych ze szczęściem. Szczęście wymaga energii i dyscypliny.”
[296]

Nadal trwam przy lekturze książki Gretchen Rubin „Projekt szczęście”. Czytam powoli, nasycam się słowami, uwagami, podkreślam ważne dla mnie fragmenty, przetrawiam i zastanawiam się, czy ja mogłabym taki projekt przeprowadzić? A jeśli tak to jak? I nad czym dokładnie miałabym pracować?
Gretchen pracowała nad projektem rok, każdy miesiąc poświęciła innym aspektom swego życia. A ja wiem już z doświadczenia, że całoroczne postanowienia są nie dla mnie.
Zrobiłam sobie postanowienia na 2011 rok. Wiem, czego chcę, wiem jakie mam słabe punkty, które psują moje dobre samopoczucie, ale poprawa ich… no na dłuższą metę nie wychodzi. Zainspirowała mnie jednak autorka do rozpoczęcia własnego projektu ale krótkometrażowego.
Przez 4–6 tygodni jestem w stanie wytrwać w postanowieniach, np. przestrzegania diety mniej lub bardziej restrykcyjnej. Muszę mieć wyznaczony określony czas i cel, wtedy jest mi dużo łatwiej wytrwać.
Nie tylko książka zmobilizowała mnie do pracy nad sobą. Wpłynęła na to też deszczowa pogoda, która mnie dobija, oraz brak Ziutka w domu. Niby mam więcej czasu, a jakoś nic z tego nie wynika, snuję się to tu, to tam i tylko złoszczę, że przecież mogłam inaczej. Zatem stop deszczowemu rozmemłaniu, bierzemy cztery litery w górę i rozpoczynamy orkę na ugorze:) Energia i dyscyplina:)

Mój projekt 6 tygodni
Wypisałam w punktach ważne dla mnie sprawy (oczywiście jest ich więcej, ale nie można się tak obciążyć na raz, bo się można zniechęcić) i postanowiłam, że codziennie będę starać się te punkty realizować. Do tego mam dwa tygodniowe zadania: przeczytam przynajmniej 1 książkę w tygodniu (z czytaniem to u mnie ostatnio marnie, aż mi wstyd) oraz w jeden dzień w tygodniu przeprowadzę leczniczy post (brr!).

Podobnie jak Gretchen Rubin miesiąc, tak ja każdy tydzień poświęcę innemu zagadnieniu – wyzwaniu. Najtrudniejsze będzie chyba pierwsze i drugie:

1 tydzień wczesne chodzenie spać (czyli przed 23 się położę) – ni jak nie wychodzi, macie na to sposób? Gdy tylko postanowię wczesne chodzenie spać, kładę się o… 1, 2 w nocy. Nie wiem dlaczego?
2 tydzień wczesne wstawanie (czyli o 6 rano, więc nie tak źle porównując to tego jak wstawałam kiedyśJ))
3 tydzień poświęcę kontaktom rodzinnym (spotkania, maile, listy, smsy, telefony)
4 tydzień poświęcę przyjaciołom (spotkania, maile, listy, smsy, telefony)
5 tydzień zajmę się tylko domem
6 tydzień... jeszcze nie wiem co. Może uzupełnię to, co nie wyszło mi w poprzednich tygodniach?

G. Rubin opisywała tabelki, jakich w pracy nad sobą używał Benjamin Franklin, a także i ona podczas projektu szczęście.
Zrobiłam sobie odpowiednie tabelki, by raportować moje dokonania. Projekt rozpoczęłam w czwartek 7 lipca w urodziny miesiąca.
Tydzień I
Wcześnie idę spać
Czw
(7.07)
Pt
8.07
Sob
9.07
Ndz
10.07
Pon
11.07
Wt
12.07
Śr
13.07
dbam o rozwaloną nogę
+

+
+
 +
+

Ćwiczę


+
+
+
 +

Powtarzam angielski
+
+
+
+
+
 +

Robótkuję

+
+
+
 –

przestrzegam diety
(wyjątek weekendy)
+
+/-
+
 +

Wcześnie idę spać

książka

post




+



Trzymajcie kciuki, abym wytrwała

wtorek, 12 lipca 2011

Grzeszny weekend

Dałam sobie dyspensę na weekend i zjadłam smakołyki, których nie powinnam. Były bułeczki z pomidorkiem, jagodzianka, pączek z jagodami oraz aż dwa gofry z bitą śmietaną i jagodami (moje ulubione zestawienie). A teraz odpokutowuję boleśnie;(

Jednego pożarłam w Mikołajkach, a drugiego w Rucianym. Mniam!
Zrobiliśmy sobie bowiem z mężem objazdową randkę.
Mikołajki - centrum, król sielaw i słynna restauracja Malajkata.



I Ruciane-Nida - port

Jeśli gdzieś natkniecie się na faceta z pająkiem na plecach, to znaczy, że spotkaliście mojego Ziutka:)))


A tak spędziłam dwa wieczory u Ziutkowej Mamy
Fajnie było:)))

poniedziałek, 11 lipca 2011

Overlock

Dawno, dawno temu odkupiłam overlocka od znajomych, którzy jeszcze dawniej niż moje dawno temu zlikwidowali zakład. Ta maszyna to chyba była ostatnia rzecz, jaka im pozostała. Over jest przemysłowy, ciężki straszliwie, Ziutek wiózł go z północy kraju na Mazowsze w plecaku ze stelażem (do dziś wspomina jak było ciężko).
Przez ostatnie lata (chyba już z 10 lat będzie) over przeleżał w piwnicy. Ostatnio go wyciągnęłam, bo doszłam do wniosku, że nie powinnam kupować nowego overlocka, jeśli mam taką maszynę w piwnicy i nic z nią do tej pory nie zrobiłam. To nieekologiczne i nieekonomiczne:))) Zatem trwa akcja reaktywacja.
Nie ma do niego silnika i chyba potrzebny byłby stojak do szpulek?
Nie wiem, jakiej marki i produkcji jest to maszyna. Nie wiem, jak ponawlekać nitki, ani jak podłączyć silnik i czy np. silnik od Łucznika by pasował (bo mam zapasowy).
Nitki są nawleczone tak jak w dniu, gdy go kupiłam.
Może ktoś ma taką maszynę i wie jak ją przywrócić do życia? A może ktoś ma podobną? Bez pomocy z zewnątrz nie poradzę sobie z nią, bo kompletnie nie znam się na overlockach:(
Tak wygląda z przodu
 



A tak z lewego boku
Tyłeczek overa
I prawy boczek
Mam do niego skrzyneczkę z akcesoriami, mogę się tylko domyślać do czego służą. Skrzyneczka w stanie "prosto z piwnicy"
I mam też kawałek szmatki z próbką ściegu



piątek, 8 lipca 2011

Pogoda pod psem

I jak tu wyjść z nim na spacer, gdy nie może futra moczyć? A nie może, bo został zakropiony przeciw kleszczom i dwa dni musi być suchy. Pierwszego dnia - pogoda jak drut, a drugiego... sami wiecie jak teraz jest.
Potrzeba matką wynalazku, a my zostałyśmy jego ojcem, my - czyli Mama i ja:)

Ze starej kurtki Mama odpruła rękawy, a ja je zszyłam ze sobą i doszyłam gumki do wiązania. Nie jest idealnie, trochę chyba za długie to wdzianko i psu niezbyt wygodne, ale na jeden dzień wystarczy. W przyszłości trzeba będzie poprawić, skrócić i dać jeszcze jedną warstwę materiału, bo przy intensywnym deszczu przechodzi wilgoć.

Ten post był gotowy już od kilku dni, tylko bloger nie chciał psa wstawić. Dziś się udało:) i dziś już świeci u nas Słońce! Wreszcie! Zatem pozdrawiam wszystkich słonecznie:)

czwartek, 7 lipca 2011

Pierwsza sobota lipca

A to będzie wpis o przyjemnych przyczynach mojego spóźnienia w Projekcie 12/12. Razem z moim bratem zlądowaliśmy u rodziców. Fajnie było, choć to tylko krótkie chwile. W sobotę razem z naszymi drugimi połowami wypuściliśmy się pojeździć po Mazurach.
Zjedliśmy w Starym Młynie - miejsce, gdzie były kręcone sceny do filmu "Przystań". Miło, przyjemnie, piękny widok na wodę, ale nie zachwyciło mnie aż tak, by chcieć tam wrócić.

Za to zauroczyła mnie Stara Kuźnia. Miejsce daleko od drogi, wśród zieleni daje wrażenie bycia na końcu świata. A do tego stara czerwona cegła zagrała na moich uczuciach (mój rodzinny dom jest z takiej cegły;)).


Dodam jeszcze, że mają tam pyszną kawę. I pani, która nas obsługiwała potrafiła zrobić bardzo dobrą latte (to słowa ekspertów - brata, który kiedyś pracował w gastronomii, i bratowej, która jest smakoszem kawy).
I jest też smaczny jabłecznik. A tu ja wybrzydzam:) więc ten bardzo mi przypadł do gustu:)))

A teraz będę marudzić: na blogera, bo nie chce dodawać fotek! Zamieszczenie powyższych trzech zajęło mi kilka godzin!  Miałam jeszcze kilka ujęć, ale pokłady cierpliwości się wyczerpują. Trudności z dodanie zdjęć mam od kilku dni;((( Picassa też nie chce fotek przyjmować, a przecież jeszcze nie wykorzystałam swojej pojemności. Czy Wy też tak macie? Może to znów coś z blogerem się dzieje?