Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2015

Książki z Łucznika



Pozostaję w tematyce książek (ale przyjemniejszych) i ich zakupów i podzielę się moją opinią o zakupach w Galerii Łucznik. Internet zwykle zalewa fala nienawiści i krytyki. Owszem, negatywne zachowania nie powinny być akceptowane i należy o nich mówić, ale również należy mówić, gdy coś jest pozytywne.
Przed świętami zamawiałam w Galerii Łucznik książkę o szyciu na prezent dla bratowej i zestawy igieł dla siebie. Pech, bo nastąpiła pomyłka i otrzymałam nie tę przesyłkę. Panika w oczach, zaraz święta, prezentu nie mam, gdzie tu coś jeszcze kupić? Zadzwoniłam do obsługi sklepu i ich zachowanie mnie bardzo zaskoczyło. Od razu przeprosili i tak załatwili sprawę, że już następnego dnia właściwy produkt do mnie dotarł. Błędy się zdarzają i to każdemu, ale ważne jest to, w jaki sposób ktoś ten błąd naprawia i czy w ogóle potrafi się do błędu przyznać i chce ten błąd naprawić.
To jak moja sprawa została załatwiona przez sprzedawcę sprawiło, że nabrałam do niego większego zaufania. Wiem, że nawet w sytuacji kryzysowej mogę liczyć na dobrą obsługę. I z czystym sumieniem mogę ten sklep internetowy polecić.

wtorek, 15 stycznia 2013

Porządek w tkaninach



Ten wpis dedykuję Okkko z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia

Od dłuższego czasu zastanawiałam się, jak wygodnie i schludnie przechowywać tkaniny. Najpierw był to kartonik, potem mała torba podróżna, wreszcie szafa. Wreszcie spostrzegłam, że tonę!
Tonęłam, a właściwie nie ja, ale dna mojej szafy i garderoby tonęły w tkaninach. Gdy poziom materii osiągnął wiszące na wieszakach koszule, mus był temu zaradzić. Przeszukiwałam wątek o urządzaniu warsztatu na krawieckim forum szyjemy-po-godzinach, nurkowałam w ofertach różnych sklepów i wpadł mi pewien pomysł. Już, już miałam założyć osobny wątek i zapytać, czy moje rozwiązanie ma sens, gdy znalazłam wnętrze pracowni Okkko.
Okkko przechowuje tkaniny tak, jak ja zamierzałam. Zasypałam ją gradem pytań, czy się sprawdza, czy wygodne, czy nie niszczą się materiały, czy lepsze większe, a może mniejsze?
Okkko szybko rozwiała moje wątpliwości i oto w weekend mogłam udać się na zakupyJ
Kupiłam w Ikei zestaw Algot: ramę 100 cm, kosze druciane (bo miały większe dno) – cztery płytsze i jeden głęboki, półkę przykrywającą i kółka (choć w domu okazało się, że producent nie poleca kółek do ramy 100). Całość kosztowała około 200 zł.

Ziutek mi wszystko raz dwa zmontował i mogłam układać, w czym pomógł mi mój Flip Fold (marzyłam o tej amerykańskiej zabawce, jest już do kupienia w Polsce, a jak działa można zobaczyć tutaj).

Tkaniny są ułożone równiutko

Podział jest taki (od góry):
1.materiały nowe
2. materiały nowe
3. materiały, z których już coś szyłam, ale dużo zostało
4. podszewki, flizelinay, dodatki
5. resztki i nie wiadomo co

Całość wjechała do garderoby. Na czas pracy, czy planowania całość może wyjechać. Mogę też wyciągnąć łatwo pojedyncze szuflady. 
A było tak (w szafie, bo garderoby przed zmianą to strach pokazywać):
 
A u Was jak jest z przechowywaniem tkaniny czy też innych przydasiów do rękodzieła?
Podczas porządków w tkaninach zauważyłam, że zarówno w odzieży już gotowej, jak i w nowych materiałach przeważa kolor niebieski. Dziwne, bo gdyby mnie ktoś spytał o ulubiony kolor, raczej wybrałabym zielony:)

* powyższy wpis jest pierwszym etapem realizacji moich noworocznych postanowień - wszystko znajdzie swoje miejsce i będzie porządek

wtorek, 26 czerwca 2012

Czy leci z nami pilot?;)P

Sobota była super! Wypuściliśmy się z Ziutkiem do stolicy.
Przygotowuję rakiety i będę strzelać, jak mi któryś za blisko podleci!



Zaszaleliśmy też zakupowo i kupiliśmy sobie dwie urocze porcelanowe filiżanki do kawy po grecku. Producentem jest lubiana przez nas Lubiana:) Już mamy jeden komplet z tej fabryki porcelany. Ja chciałam kupić klasyczne, białe z serii Rokoko z Ćmielowa, ale Ziutek wolał nowoczesny design, więc jak zwykle było na jego

środa, 21 września 2011

Flizelinowa taśma formująca

W poście o zakupach pisałam o flizelinowej taśmie formującej i radości z faktu zakupienia tejże. Pojawiły się pytania.
Agawu: do czego służy flizelinowa taśma formująca?
Na które szybko i zgrabnie odpowiedziała Urkye
Urkye: Do podklejania wszystkiego, co będzie wykończone lamówką, a się boimy, że może się zdefasonować - np. podkrój szyi, pach albo do wzmacniania szwów w miejscach, gdzie mogą się rozciągnąć - np. w szwie ramion:) A przynajmniej do tego właśnie ja je używam - może do czegoś jeszcze można je użyć? Fajne są, jeśli się ich nie użyje, to np. dzianinowa bluzka potrafi się rozciągnąć już po pierwszej godzinie i wygląda to średnio :P

Czy taśma już zostaje na zawsze czy do pierwszego prania?
 Tu już ja odpowiem:) Ta taśma zostaje na stałe. Mocowana jest jak zwykła flizelina na ciepło żelazkiem. Dobra taśma nie powinna się odkleić w praniu, ale z informacji znalezionych na blogach i forach wiem, że ogólnie z flizelinami i ich mocą trzymania bywa różnie.

Jak wygląda taka taśma?
 Są to paski flizeliny cięte ze skosu. Mogą mieć dodatkowe wzmocnienie ściegiem łańcuszkowym. Taką flizelinę miałam i takiej poszukuję (nie pamiętam, gdzie ją kupiłam, dawno temu tu było).

Na tym zdjęciu jest ta bluzka z lejącym się dekoltem i aby ten dekolt się nie rozciągał (dzianina delikatna i miękka) wprasowana jest na linii załamania flizelinowa taśma formująca.
W Polimeksie kupiłam taśmę ze skosu, ale bez wzmocnienia. Szkoda, że nie taka jak powyżej, ale dobrze że jest, bo dostanie takiej taśmy to czasem graniczy z cudem.

Szerokość kupionych w Polimeksie flizelinowych taśm formujących to 10 mm i 15 mm, kolory to biały i szary.

Z ciekawostek flizelinowych to są jeszcze specjalne taśmy flizelinowe do wprasowywania i usztywniania pasków spodni czy spódnic oraz zwykłe flizelinowe taśmy (nie ze skosu) np. do wzmocnienia podłożenia dołu nogawek (jak coś pokręciłam to proszę popraw mnie Urkye;))

czwartek, 15 września 2011

Moje zakupy

Tak, fajnie kupuje się nową maszynę. To dla mnie nowe doświadczenie, bo nigdy tego nie robiłam! Pierwszą dostałam od św. Mikołaja, gdy miałam 4 latka (taką zabawkową, ale szyła!), później szyłam na Łuczniku Mamy i Singerze Babci. Ostatnio dostałam Singera od Babci Ziutka. Jedynie przemysłowego overlocka kupiłam sama. Do dziś nie udało mi się go uruchomić. Trudno, będzie u mnie jako eksponat;)

Jak już napisałam wczoraj moją maszynę kupiłam w Łodzi w Strima Atelier. Jak tylko przeczytałam o nich w Burdzie i zobaczyłam ich reklamę, wiedziałam że muszę tam pojechać. Pojechać, aby zobaczyć ten rewelacyjny pomysł, jakim jest kawiarenka z maszynami na godziny, pojechać, by na żywo zobaczyć pracujące overlocki, dotknąć ich spróbować, poznać je. Pojechałam tam pierwszy raz w czerwcu – sama w wielkim amoku przejechałam tak długą i obcą trasę. I bez GPS!!!
W Atelier dowiedziałam się wszystkiego co trzeba o overlockach. Przesympatyczny pan oprowadził mnie, przedstawił wszystkie maszyny, wypytał o moje krawieckie potrzeby. Udało się wytypować maszynę, a potem pan mnie przekonał, że zamiast covera lepiej kupić zwykłego overlocka i podszywarkę. A do tego… maszynę do filcowania i wszystko w cenie jednego covera.
Do tego poszyłam sobie na różnych maszynach. Po tym wspaniałym dniu, wiedziałam, że jeśli będę kupować maszynę to tutaj, choć spotkałam się z opiniami, że w Strimie jest drogo. Sprawdziłam ceny - nie ma znacznych różnic w ofertach na naszym rynku. Dla mnie liczy się komfort kupowania, a złotówka czy 10 przy kwocie powyżej tysiąca, to dla mnie nie oszczędność.
Jednak czas mijał, mijał, aż wreszcie trafił się wolny dzień i razem z Ziutkiem pojechaliśmy po maszynę do Strimy.
Tym razem przesympatyczna pani mnie obsługiwała i cierpliwie odpowiadała na wszystkie moje – pewnie momentami głupkowate – pytania. Spędziłam tu trzy godziny, poznając wszystkie tajniki overlocków Janome. Utwierdziłam się w wyborze (Janome MyLock 744D). Wypróbowałam wszystkie ściegi i sposoby szycia, chyba większość już wiem o moim overze, a reszta wyjdzie w praniu, tzn. w szyciu;)
A jak jest w Strima Atelier popatrzcie. Zdjęcia trochę marne, bo obiektyw cyfrówki wciąż nie jest naprawiony i mam kłopoty z ustawieniem ostrości.

Cudowne patchworki u wejścia
Ten kartonik na środku to mój overloczek:)




Overlock to nie jedyny mój zakup w Strima Atelier. Kupiłam dużą matę, magnetyczną mydelniczkę do szpilek, pudełko na szpulki do stebnówki, igły, stopkę do wszywania gumy i kilka zabawek, które wybrał sobie Ziutek.

W ostatniej chwili udało się też zajechać do Polimeksu po nici, zamki błyskawiczne oraz – hura, hura nareszcie ją mam! po flizelinową taśmę formującą. Teraz powinno mi jej przez kilka miesięcy wystarczyć:)
W wyborze overlocka pomogły także rady Urkye - za co bardzo serdecznie dziękuję! Jesteś super, że chcesz dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem! Jeśli planujecie kupić maszynę zwykłą czy overlocka to pomyszkujecie sobie na blogu Urkye, znajdziecie tam wiele cennych wskazówek i rad.

Była beczka miodu, a teraz łyżka dziegciu: Strima - świetna, Janome - dobra marka, overlock - cudowny , ale instrukcja do niego to jakaś masakra! Pomijam literówki i błędy edytorskie, nawet mechanizm pytlujący zamiast pętlującego mogę strawić, ale w tej instrukcji są tak rażące błędy rzeczowe, że to głowa mała!
Nie jestem dobrym tłumaczem, ani korektorem, raz puściłam w świat nieudolny tekst, za który do dziś mi wstyd i ogólnie do błędów staram się nie czepiać, jednak uważam, że taką markę jak Janome powinno być stać na tłumacza, edytora i korektora.

A co w tym czasie działo się w domu?
Kocice zostały same, nawet nie narozrabiały, choć zwykle szaleją jak wściekłe. Starsza już chyba ma dość siedzenia w garderobie i chyba chce się już trochę pobawić i wyłazi, ale mała jest tak narwana i pełna energii, że jak tylko zobaczy starszą to pędzi jak tornado, a starsza zwiewa.
Maris pytała, czy Nitka sama się tak układa na plecach. Trochę jej w tym pomagam, ale ona się nie buntuje i potrafi tak zasnąć. Sama też czasem śpi na plecach. Dziewczynki, które znalazły ją w krzakach, to nawet w lalczynym wózku ją woziły, więc chyba się przyzwyczaiła do takiej ludzkiej pozycji;)

środa, 14 września 2011

Oko węża;)

A nie smoka, jak mi się wydawało:)

„W języku japońskim słowo JANOME (Ja-No-me) znaczy „oko węża”. W 1920 roku, japoński pionier produkcji maszyn do szycia Yosaku Ose wynalazł metalową szpulkę, zastępując tradycyjnie używany system czółenkowy. Nowy wygląd szpulki przypominał Japończykom oko węża, stąd też nazwa JANOME.” (www.szyj.pl)
Stanęłam dziś oko w oko z potworem. Moje przerażenie koiła przesympatyczna pani Małgosia ze Strima Atelier w Łodzi. Przerażenie powoli mijało, pojawiała się coraz większa fascynacja i coś mi się wydaje, że zaczęło kiełkować jakieś cieplejsze, głębsze uczucie;)
Bez przedłużania oto moja nowa fascynacja - mój overlock

Dziś tylko tyle, choć mam jeszcze kilka ciekawostek z mojej wyprawy do Łodzi, ale dzień był pełen różnych wrażeń (złych też) i jestem zmęczona.
Overlock stoi w pudełku i czeka, aż przeczytam instrukcję. Jestem już prawie w połowie.


DZIĘKUJĘ SPONSOROWI!

piątek, 26 sierpnia 2011

Bukiet i długi weekend

Nazbierało się trochę zaległości, trochę wydarzeń do opisania i sporo zdjęć do zamieszczenia. Postaram się zatem jak najszybciej je nadrobić.
Wracam zatem do długiego weekendu. Te kilka wolnych dni spędziłam u rodziców obżerając się niemiłosiernie:)
Z okazji rocznicy Mama dostała od Taty specjalny bukiet - nie, nie kwiatów, ale warzyw!
Specjalnie dla niej Tata zrobił kociołek warzywny i wreszcie mogła się najeść tych smakowitości do syta. Kociołek zwykle jest robiony, gdy przyjeżdżają goście, a dla Mamy jedna porcja warzyw to mało. Teraz miała ich do oporu:) A ja przy okazji też:D

Kociołek z dokręconym dekielkiem stoi na nóżkach w ognisku. W środku wszystko się pięknie praży, dusi, by dać niesamowity smak. Tegoroczną innowacją było wyłożenie kociołka i przykrycie warzyw liśćmi winogron, które wyjątkowo pięknie urosły.
Ależ było smacznie! No i udało mi się troszkę wyrównać wagę:) U rodziców odzyskałam 3 zgubione kilogramy, z czego bardzo się cieszyłam.
A poniżej prezentuję moją nową kolekcję pasków, o której już wcześniej wspominałam.
Paski weszły na listę: "Zawsze trafiony prezent", na której znajdowały się już szaliki i apaszki, ozdobne świece i mydła:)

W następnym odcinku:
objazdowa randka z Ziutkiem, najwyższy most w kraju, 5 przęseł, widoki bezcenne

wtorek, 9 sierpnia 2011

Wyrzuty sumienia...

Tak, mam wyrzuty sumienia ilekroć kupię sobie gotowe ubrania. Od wiosny do jesieni to mogę już prawie cały czas nosić ubrania tylko własnej produkcji. Jednak nie wszystko jeszcze potrafię uszyć, nie szyję np. jeansów. Jednak po każdych zakupach odzieżowych mam wyrzuty sumienia, że kupiłam coś gotowego. Zaraz w myślach przeliczam ile mogłabym kupić za tę kwotę materiału i ileż to fajnych rzeczy sobie uszyć - oryginalnych, niepowtarzalnych...
I ostatnio kupiłam sobie dwie rzeczy. Jeansy - ok. wiadomo, przydatne i sama nie uszyję.


Dałam się jednak namówić Mamie na żakiet. Odkąd uszyłam sobie tę spódnicę planowałam dorobić do niej żakiet, ale żaden wzór mi nie przypadał do gustu. Mama stwierdziła, że powinnam do tej spódniczki żakiet mieć i gdy ja mierzyłam jeansy to wymyszkowała żakiet. A że całkiem fajnie leżał i pasował do mojego ulubionego ostatnio zestawu odzieżowego, to skusiłam się...
A wyglądam w nim tak
 Z żabotem na wierzchu (powyżej) i ze schowanym (poniżej)


A mój ulubiony zestaw odzieżowy to spódnica (model 105 A, Burda 11/2006) oraz bluzka (model 105, Burda 4/2010 )

Po wybraniu jeansów i przymierzeniu żakietu natrafiłam w sklepie na przecenę pasków. I tu nie mam zakupowych wyrzutów sumienia, bo jest to dodatek, którego sama nie zrobię (no chyba, że z makramy). Były po 5 zł i kupiłam 5 sztuk. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że spodobał mi się pasek wściekle pomarańczowy (to jedyny kolor, którego nie lubię). Miałam jednak wrażenie, że on wprost woła do mnie: uratuj mnie z kosza z przeceną!
Zatem prezentuję cudownie ocalonego w roli rozjaśniacza mojego ulubionego zestawu. Co myślicie o takim kontrastowym zestawieniu? Lekko szokuje prawda?

wtorek, 26 października 2010

Monochromatycznie


Szara ballada

Nie czerń lecz szarość wszędzie
ta nić szara się przędzie
ona za mną przede mną i przy mnie

ona rankiem w mej głowie
w dłoniach i w pierwszym słowie
niczym gołąb pocztowy powraca

szarą nicią przeszyty
i do świata przyszyty
tak jak guzik do szarego płaszcza

z szarej włóczki me myśli
zgrzebne dni i tygodnie
z szarej włóczki jesienie i lata

nawet wiersz cały z tęczy
nagły list radość szczęście
co jak wzór na kilimie się złocą

już za moment szarzeją
są jak fatamorgana
w zeschły liść się zmieniają i popiół

z szarych nici ten kłębek
który w szarą godzinę
sennie zwijam pod głowę podkładam

ludzie chorzy na szarość
mój los chory na szarość
mój dom moje miasto planeta

Boże cały ze złota
przędący w kołowrotku
czemu z siebie wysnuwasz nić szarą

Ojcze nasz wielobarwny
w akselbantach w brokatach
który błyszczysz i mienisz się cały

jeśli trochę nas lubisz
nachyl się nad wrzecionem
dorzuć włosów anielskich do włóczki

bo w nas szarość w oddechach
szarość w snach i uśmiechach
szarość we łzach modlitwie i hymnie

sł. J. Baran, muz. K. Myszkowski
Stare Dobre Małżeństwo - Makatki


I znów będzie na szaro. Oto czym skończyło się ostatnie buszowanie po sklepach z Mamą. I dziwne jest to, że nie kręcą mnie kolory, nie robi na mnie wrażenia głęboki niebieski, ani soczysta zieleń, ani ognista czerwień, ani nawet róż z fioletem! Jedno nie zmieniło się – w dalszym ciągu wkurza mnie pomarańczowy (tak mam z tym kolorem już od prawie 6 lat). Chyba wyblakłam ostatnio…
Spodenki leżą i kwiczą, bo nie zdążę już uszyć ich na czas (czyli do jutra), ale już wiem, o co chodzi w tym opisie. Rozjaśniło się dzięki pani Joli (baaardzo dziękuję), która przetłumaczyła mi wyrażenia po rosyjsku i wszystko stało się od razu jasne!
Poza tym odnalazłam moje czółenka do frywolitek i zakupiłam nitkę i zamierzam zrobić coś, ale o tym na razie sza!
Po długich tygodniach nieczytania wróciłam do książek i, o dziwo! wciągnęłam się w „Zmierzch” (Twilight – Stephenie Meyer). Wcześniej już zaczęłam czytać tę powieść dla nastolatków i jakoś mi nie podpasowała, a teraz drgnęło i to mocno. To, że piszę tygodnie nieczytania nie oznacza, że mam – jak mawia M. Musierowicz – ołowiane oko. Owszem czytam codziennie i to nawet sporo, ale służbowo. A prywatnie to mam takie skoki – przez kilka miesięcy pożeram stosy książek, a potem jest przerwa (przeważnie wtedy więcej szyję;)).

I chyba już, bo nie wiem, czy jutro będę mieć czas, powinnam się pożegnać. Nie na zawsze oczywiście! Tylko na tydzień. Dostałam urlop, wyjeżdżam  i nie będę mieć tam dostępu do sieci (może i lepiej, bo odpocznę). Przez prawie tydzień zamierzam robić NIC (czyli leżeć, spać, czytać, łasuchować i robić frywolitki). Mam nadzieję, że te moje NIC zaprezentuje w przyszłym tygodniu. Do zobaczenia!