poniedziałek, 31 stycznia 2011

Układanki


Jakieś dwa tygodnie temu projektownia jednoiglec ogłosiła akcję „Układanki”. Czyli:
„Przejdźmy razem przez 3 etapy:
1) Porządki (najdłuższy i najbardziej pracochłonny etap),
2) Zakupy (najkrótszy, ale wymagający starannego planowania:),
3) Szycie! (najprzyjemniejszy:).

Na początek bardzo proste rzeczy - koniecznie trzeba:
1) przyznać przed sobą, że porządki są potrzebne:)
2) zrobić zdjęcie swojego bałaganu:))) i co trudniejsze: pokazać ten bałagan na blogu...”

Pierwsze mam już za sobą, przyznałam się, że porządki są potrzebne (wiedziałam to i bez akcji;)). Zaczęłam robić porządki (o czym pisałam tu).
Zrobiłam też kilka zdjęć mojego bałaganu:
Moja szafa w sypialni na dnie torby z materiałami, wyżej po prawej akcesoria do robienia biżuterii. Narzędzia, akcesoria, dodatki i koraliki. Nie jest aż tak źle, ale czasem to się wszystko rozłazi, przy wyciąganiu czegokolwiek wypada…

Przed szafą stoi niedomykające się niebieskie pudło, a w nim…

cuda, resztki, ścinki i jeden UFO-k.
Jest jeszcze jedno miejsce – w garderobie stoi na siłę zapięta torba podróżna. Tego nie pokazuję, tam nie zaglądam… bo to puszka Pandory. Wiem, co tam jest, wszystko poukładane, więc nie bierze udziału w układance:)

Bitwa z UFO: dwa odleciały

Pół  godziny temu skończyłam szyć i tak na szybko pokażę, co wyszło z moich ambitnych planów rozprawiania się z UFO-kami.
Skończyłam zaczętą latem bluzkę dla Mamy. To pierwsza rzecz, którą uszyłam nie dla siebie. Bluzka nie jest super w 100%, materiał choć piękny i tani, to wredny w szyciu (ślizgał się i strzępił niemiłosiernie), nie będę się zatem czepiać tego, nad czym nie udało mi się zapanować. Kiedyś się nauczę panować nad każdą wściekłą tkaniną…
Bluzka model 129 Burda 3/2010

I skończyłam baaardzo starego UFO-ka. Top dla mnie, model 123 Burda 6/1999:
Zaczęłam ten top jeszcze w poprzednim tysiącleciu, hi hi… i tak leżał, leżał, aż się doczekał. Odstraszało mnie od niego to, że trzeba w nim użyć podwójne igły. I wcale nie dziwię się, że mnie odstraszało, bo z podwójną igłą szycie mi nie idzie. Maszyna (nie pierwszy raz) wciąga i zacina się. Tak stało się i tym razem i powstało to:

Dziura na tunelu prawie na środku pleców. Jak się tego pozbyć? Jak zamaskować? Myślę o jakieś ozdobnej elastycznej taśmie naszytej wzdłuż całego brzegu… muszę tylko taką znaleźć.

niedziela, 30 stycznia 2011

Przed bitwą...


...przygotowuję pole walki, czyli przed rozpoczęciem kolejnego szycia, postanowiłam zrobić porządek z materiałami, wykrojami i innymi takimi.
Materiały mam w trzech miejscach: w reklamówkach na dnie szafy, w torbie podróżnej w garderobie i w pudełku kartonowym w sypialni. Postanowiłam posegregować je następująco:
- materiały całe (czyli kupione i nieruszone)
- resztki materiałów (coś już z nich szyłam, ale jeszcze na coś zostało)
- ścinki (drobne resztki po szyciu, może się przydadzą do aplikacji, wykończeń, łatek)
- dodatki (czyli flizeliny i podszewki).
Jeszcze wszystkiego nie posortowałam, ale jestem na dobrej drodze:)
I moja prawie noworoczna inwentaryzacja wypadła następująco: mam 10 nieruszonych materiałów. Super, prawda?
I z jednym takim mam problem. Kupiłam go z myślą o sukience, ale ten fason nie spodobał się Ziutkowi, więc materiał trafił do szafy. Jest piękny, tak piękny, że nie mam odwagi zabrać się za niego, ba! Nawet nie wiem, co miałabym z niego uszyć…a mam go 2,5 m (szerokość 1,5 m). Jest nieelastyczny i chyba to jest wiskoza… albo żorżeta… nie umiem określić.

A może moje drogie Czytające mają pomysł jak wykorzystać te esy floresy?

Ostatnim nabytkiem jest to:
Przeznaczony na spodnie a’la Marlena Dietrich. Szycie mam nadzieję niebawem.

Poza tym przejrzałam moje wykroje, zebrałam je razem (bo trochę się rozbiegły po kątach). Ciekawa jestem jak inne szyjące radzą sobie z wykrojami? Może ktoś zechce napisać i podzielić się za mną swoim doświadczeniem? Czy przechowujecie formy już użyte? Jak je przechowujecie?
Ja nie wyrzucam wykorzystanych wykrojów. Są zrolowane i opisane i wyglądają tak:
Niektóre mają karteczkę z opisem lub opis na sobie – skąd jest model (najczęściej nr burdy), numer modelu, rozmiar i co to jest. Poza tym na każdej papierowej części jest numer Burdy, numer modelu, rozmiar, co i numer części wykroju. Nie wiem, czy dobrze to sobie oznaczyłam, czy tak się robi, bo nikt mnie tego nie uczył. To mój system.
A i jeszcze mam karteczkę ze spisem wszystkich form (z którego numeru Burdy i co). I założyłam sobie zeszyt na inspiracje. Wpisuję sobie w nim (tzn. staram się wpisywać) gdzie, kiedy, ile i za ile kupiłam materiału czy dodatków). Później jak wpada mi jakiś model w oko, otwieram taki spis i widzę, którego materiału mi na to starczy. Nie muszę grzebać w szafie, torbie, czy w pudle i mierzyć każdej materii.

I ogłaszam, że powracam do wykańczania UFO-ków. Obiecałam też sobie, że zanim uszyję coś nowego, to je skończę. Na niedzielę przygotowałam 3. A zatem 3majcie kciuki:)


poniedziałek, 24 stycznia 2011

W ostatni zapiątnik, czy w weekend


Niedaleko mojego domu jest lotnisko. Czasem lądują u mnie takie oto samoloty…

Ostatnie dzieło Ziutka. Mnie się podoba, a on oczywiście niezadowolony, bo blaszka krzywo, bo literka o pół milimetra za bardzo w prawo itp.
A panie w tym czasie buszowały w tiulach i woalach

Co zaowocowało broszką. Dziś broszka została nazwana kotylionem, niech będzie kotylion – teraz tylko iść z takim kotylionem na karnawałowy bal:)

 Poza tym pochwalę się, że kupiłam dwa nowe materiały na spodnie. Fason już wybrany. Jeden materiał już zdekatyzowany, tylko ten wredny czas, nie daje mi się poskromić... Kiedyś usłyszałam o sobie, że jestem świetnym menadżerem czasu... szkoda, że to już czas przeszły... teraz, za przeproszeniem nic się kupy nie trzyma. Praca blee, w chałupie  tysiąc spraw do zrobienia i załatwienia, a do tego kocica ryje w donicach i wszędzie co chwila jest piach i liście! I jak ogarnąć taką gadzinę?

niedziela, 16 stycznia 2011

Projekt 12/12 – styczeń

Biorę udział w Projekcie 12/12.
Projekt 12/12 to grupa, która postanowiła w roku 2011 wykonać 12 projektów inspirowanych kursami wyszperanymi w sieci. W styczniu robimy skarpetkowe lub rękawiczkowe stworki.
I oto prezentuję mojego królika Henryka wykonanego według tutka . Więcej o Projekcie 12/12 i różne stworki tu

Moja Sz. już zaprzyjaźniła się z nim i uznała, że będzie świetnym kumplem do zabawy. Nie dawała mi nawet zdjęcia zrobić, tak bardzo chciała mieć go dla siebie.
 Nosi go w zębach po mieszkaniu, podrzuca łapkami i roni nad nim różne wygibasy.

środa, 12 stycznia 2011

Super gratka, do wylosowania nie jedna szmatka:)

Tak, nie jedna, ale aż 14 super wzorów!
Gdzie? Ano tu.
Czasem sobie tam zaglądam i wzdycham do tych cudownych szmatek, i obiecuję sobie, że kiedyś nie wytrzymam i zrobię tam wielkie zakupy!
A na razie staję w kolejce po cukieraski, losowanie już 17 stycznia.

wtorek, 11 stycznia 2011

Jeszcze trochę świątecznie…

Zbyt szybko minął mi Adwent, nie zdążyłam poczuć magii zbliżających się świąt. Zbyt szybko minęły święta i ścisły okres świąteczny… chcę jeszcze nacieszyć się tym, co było więc jeszcze będą świąteczne wpisy.
U mnie w mieszkaniu w tym roku nie było świątecznych dekoracji. Z przyczyn różnych. Za to mogłam nacieszyć się tym, co zrobiła moja Mama, na przykład:

Mogę już pokazać, co Mama dostała od Mikołaja – czyli od brata i ode mnie, ale wykonane moimi rękoma.
Zestaw bransoletka i kolczyki:

Oraz kolczyki

A teraz śmieszna historia
W Wigilię zanim zasiedliśmy do stołu, zostałam wysłana po sąsiadkę (tę, która zawsze jest u nas na kolacji i od niej Tata dostał szczupaka, z którego była galantyna). A że u nas na wsi jest ciemno, ale tak naprawdę ciemno, nie ma latarni, mieszkamy kawałek od głównej drogi, dostałam latarkę w dłoń i ruszyłam. Fajna to była latarka, nowa. Miała kilka przełączników, świeciła różnym światłem, czasem jeszcze migała na czerwono i niebiesko, normalnie czad! I tak sobie idę przez śnieg, przez zaspy i patrzę na małe światełko, jakie cud latarka daje i widzę, że coś niewyraźny jest ten snop światła, jakby coś tam było… zatrzymałam się… obserwuję odbicie na śniegu, puszczam światło na pole coś jest, świecę pod nogi… no jest! Jakaś twarz! Przyglądam się, przyglądam i oczom nie wierzę! W latarce jest zdjęcie Baracka Obamy! Jedna z funkcji w latarce: świecenie Barackiem!!! Rodzice nawet nie wiedzieli, jaki to wspaniały przedmiot mają w domu:) A oto materiał zdjęciowy na dowód:

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Moja pierwsza wymianka

Razem z Wiewiórką z Dzieje kuchennej Wiewióry lub Wytwory łap wiewiórczych postanowiłyśmy wymienić się swoimi dziełami.

Oto jakie cudowności wypatrzyłam u niej dla siebie:

 

A to, co Wiewiórka dostała w zamian (zdjęcie trochę marne, bo aparat mi padł):

 

To oczywiście jeszcze nie koniec przyjemności związanych z Wiewiórką. Poza najedzeniem się smakołyków stworzonych przez Rudego Świrka: ciasteczek czekoladowych - pysznych!, bułeczek maślanych - mniam!, i chlebka, to zrobiłam jeszcze u niej małe biżuteryjne zakupy:


 Ta truskaweczka podbiła moje serce!!! Musiała być moja!

I dostałem jeszcze dwie zawieszki w prezencie:

 To była super wymianka i super godziny w Wiewiórczej dziupli:)

Jeszcze raz bardzo dziękuję Ci Wiewiórko!


piątek, 7 stycznia 2011

Z pól, łąk, lasów i z wody, czyli nasza tradycyjna wieczerza Wigilijna

Wiem, że już wiele osób pochowało świąteczne dekoracje w swoich mieszkaniach, ale ja jeszcze chcę nasycić się atmosferą Bożego Narodzenia i troszkę sobie powspominam.
Zapraszam na kulinarne zwiedzanie naszego stołu i małe odkrywanie historii mojej rodziny.
Babcia pilnowała, aby na wigilijnym stole nie pojawił się żaden produkt odzwierzęcy, masło, smalec, jajka, majonez i aby te produkty nie były dodawane do wigilijnych potraw. Teraz pilnują tego rodzice, potem ja będę tego pilnować.
W tym roku postanowiłam zrobić małą fotorelację, w ferworze nie udało mi się uwiecznić na zdjęciach wszystkich potraw, zwykle jest ich dwanaście.
Na początku były zimne przystawki (ryby w różnej postaci i w różnej ilości ):

1. Śledź w oleju – zawsze był, jest i będzie. W rodzinie Taty był podawany z ziemniakami, ale moim zdaniem ziemniaki w Wigilię są zbędne, często trafiają na nasze stoły, więc po co one jeszcze tego szczególnego dnia?

2. Śledź w rodzynkach i miodzie (pojawił się już chyba 10 lat temu i został). Kiedyś na jego miejscu był śledź marynowany (w occie), śledź sosie musztardowym lub śledź z grzybami (Dziadek M. lubił wypróbowywać różne przepisy).

3. Smażony karp (zawsze jest jakaś smażona ryba, pochodzi ze strony Taty).

4. Ryba po grecku (jest zawsze, też ze strony Taty).

5. Sałatka wigilijna z fasolą i kapustą – pyszna! Wprowadziła ją do świątecznego menu moja Mama, była na stole u jej babci (ciocia Zosia ją robiła). Składniki sałatki to: ziemniaki, fasola, kapusta kiszona, buraczki, cebula i olej.

6. Czasem pojawia się galantyna – tu galantyna ze szczupaka – lub ryby w galarecie. Jak pięknie powiedział mój brat: galantyna to nie moja bajka. Moja też nie, dobrze, że pojawia się tylko czasem.

Potem na stół wjeżdżają dania na ciepło:
7. czerwony barszcz z uszkami (jest zawsze). U mojej Babci ze strony Taty był z ziemniakami bez uszek, za to w barszczu było bardzo dużo grzybów.

8. Kapusta z grzybami (jest czasem, a czasem kapusta z grochem). Te potrawy wprowadził Tata po wigiliach w pracy, bo mu bardzo smakowały.

9. Kasza gryczana z sosem grzybowym – wprowadzone przez Mamę (danie to było w rodzinie jej Taty), zaś Babcia ze strony mojego Taty długo nie mogła się do tego dania przekonać, a jest pyszne! Długi czas zajmowało pozycję pierwszą w moim rankingu potraw wigilijnych.

10. Pierogi z kapustą i grzybami – są zawsze, są pyszne, u nas w uszkach i pierogach są różne farsze! Tu chcę pokazać jak wyglądały pierogi u mojej prababci (ze strony Mamy) – miały taką ładną, równiutką falbankę. W tym roku Mama była szczęśliwa, bo choć ciasto na pierogi odmówiło współpracy (a Mama jest ekspertem od pierogów), to na koniec zrobiło niespodziankę i pierwszy raz udało się Mamie zrobić taką falbankę, jaką robiła jej Babcia (według mnie Mamy szczypanka na trzy palce też jest ładna). Pierogi z kapustą i grzybami były w domu Babć ze strony Taty i Mamy, zaś w rodzinie Dziadka M. nie było tego dania.

11. Moja ulubiona zupa jagodowa, oczywiście niezabielana (była, jest i będzie, pochodzi od Babci strony Taty). Zabielanie zupy owocowej jest charakterystyczne dla południowej Polski (okolice Lublina, Sandomierza i nie wiem gdzie jeszcze). Jak nie było jagód, to mogła być wiśniowa lub inna owocowa. Zagęszcza się ją mąką ziemniaczaną. To jest mój nr 1.!!!

12. Kluski lub łazanki z makiem (były, są i będą). To ulubiona potrawa Brata, Mamy i Dziadka. Kluski (łazanki) z makiem były w rodzinach moich Babć, z tym, że u jednej kluski były w formie krajanki (oczywiście własnoręcznie robione). U Dziadka M. tej potrawy nie było na wigilię, jadło się je w inne dni np. w piątki lub w poście. Też były kluski w formie krajanki. W jego domu na Wigilię było za to inne danie z makiem – mleczko makowe ze sleżykami (drobne drożdżowe ciasteczka). Jadłam je pierwszy raz rok temu, dobre to było i pewnie jeszcze kiedyś powtórzymy.
13. Kompot z suszu w dzieciństwie nielubiany, a teraz wytęskniony. Pochodzi ze strony rodziców mojej Mamy.

No i okazało się, że przez galantynę, która była w ostatniej chwili robiona (bo sąsiadka, która miała być u nas na kolacji, wcześniej przyniosła Tacie szczupaka), zrobiło się więcej potraw. 
Kiedyś nie zawsze było to 12 potraw. Jadało się mniej i była to liczba nieparzysta, najczęściej pięć lub siedem potraw. I nigdy, w żadnej ze stron nie było tak popularnej kutii! U nas w Wigilię nie je się także ciast, ani nie pije alkoholu.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Opowieści na cztery i trzy łapy


Dziś będzie o zwierzętach.
Kolejny raz prezentuję mojego (a właściwie to bardziej Ziutkowego) kota. Sz. uznaje tylko Ziutka, tylko do niego włazi na kolana, tylko jemu daje się głaskać. Do mnie nawet nie podchodzi, czasem mi udaje się ją podejść i tak oto zostałyśmy przyłapane jeszcze przed świętami.

Do świąt trzeba się dobrze przygotować, na przykład wskakując do wanny.

I tak nasze przedświąteczne sprzątanie zostało unicestwione. Wszędzie były ślady mokrych kocich łapek.

A tu już święta i moja stara kocica.

To jest prawdziwy kot, ładuje się na kolana, mruczy cudownie do ucha i łasi się aż miło. Nie możemy doliczyć się, czy weteranka skończy w tym roku 12 czy 13 lat. Dużo przeszła biedulka, teraz jest na rencie inwalidzkiej – bo nie ma jednej łapki. Wpadła w żelastwo zastawione przez kłusowników, potem została jeszcze obita i z trudem doczołgała się do domu. Poranionej łapki nie udało się uratować. Przez brak kończyny skrzywił się jej kręgosłup, ale nie przeszkadza to wcale w rozrabianiu i w poczęstowaniu się świątecznym pasztetem – pożarła pół blaszki, gdy mama wyszła na chwilę z kuchni! Resztę dostał pies.

A to ów pies.

Kolejna pokrzywdzona przez los istota. Miał być psem przewodnikiem niewidomych, ale psia psychika nie wytrzymała takiej odpowiedzialność i psinka jest lekko… hmm U rodziców dożywa swoich dni. Mama ma jeden cel: pies ma być szczęśliwy. I chyba wreszcie zaczyna być, odżył, nawet już zaczyna skakać z radości i raz szczeknął!
I w takim oto towarzystwie spędziłam święta i kilka poświątecznych dni. Dodam jeszcze, że stara kocica i nasza czarna nie lubią się i muszą być oddzielane. Nasza zostaje w Ziutka rodzinnym domu. Jako wspomnienia pozostała mi sierść kocia i psia na wszystkich ubraniach… I jak to teraz wyczyścić?