Bo czego mogłam się spodziewać po przemarznięciu na
pogrzebie? Tydzień przed świętami umknęłam infekcji, ale teraz się nie udało.
Nie udało się też Ziutkowi, przeleżeliśmy kilka dni. On już wstał, a czuję się
na tyle dobrze, by zajrzeć do laptopa.
Dziękuję za podnoszące na duchu komentarze pod poprzednim postem.
Leżę sobie w łóżeczku i porządkuję fotografie z 2012 roku. Okazało się,
że w niepamięć poszła jedna z naszych wypraw. Od kilku lat odgrażaliśmy się,
że: „kiedyś tu przyjedziemy” i wreszcie się udało! O czym mowa? O zamku w
Golubiu-Dobrzyniu. Mimo niesprzyjającej aury spędziliśmy miłe chwile na zamku.
Listopadowe zwiedzanie ma jeden duży plus: nie ma tłoku i kolejek. Pani
przewodniczka (świetna!) była dla 4 osób, a nie dla całej gromady. Było bardzo kameralnie.
Oto kilka zdjęć.
![]() |
Wiecie, do czego służą sprzęty ze zdjęcia? |
![]() |
Końskie schody - rycerze wjeżdżali tędy na koniach, niewiarygodne, prawda? |
W listopadzie trochę namieszało mi się ze zdjęciami. Część
utknęła na laptopie kolegi (bo skończyła mi się karta podczas wyjazdu, a
zapasowa połamała), część fotografii trafiła na służbowy sprzęt. Zamierzam to
teraz posortować i jeszcze kilka wspomnieniowych wpisów zamieścić. Muszę
przecież pochwalić się wizytą u Julki;) To jednak prawda, co mówią… przynosi
szczęście w miłości... szczegóły niebawem:)
hurra?
OdpowiedzUsuń