Pierwszą część mojej zagadki wszystkie zgadujące osoby odgadły - to przyrząd do łapania oczek (i nie tylko). Pierwsza wpadła na trop Wiewióra, zatem Wiewióro cóż byś chciała dostać ta tę okoliczność? Kolce, broszka, makrama, filc, sutasz, czy jeszcze coś innego? Mam nowe wełny, więc może coś z tego?
Tu pochwalę się moim prezentem urodzinowym od brata i bratowej, trochę po urodzinach dostałam, ale dopiero teraz się widzieliśmy. Nowa super wełna, igły i uchwyty do nich.
Drugi przyrząd służy do cerowania. To takie małe krosienka, na których robi się łatkę i doszywa wokół dziury. Jeszcze nie mam fotki poglądowej, ale postaram się przygotować tutka, taka mała lekcja historii:))
A to poniżej to sobotnie śniadanko dla Ziutka, które udało mi się zrobić przed jego obudzeniem i podać mu do łóżka. To pyszny twarożek z ogórkiem, rzodkiewką, pomidorem i szczypiorkiem. Ja miałam to samo, ale z serkiem kozim. Też mniam:) Do tego kawa Anatol.
Wczoraj na obiad było spaghetti z sosem łososiowym (przepis i fotka tu), a dziś była wschodnia zupa cytrynowa z kurczakiem
Składniki:
250 g brzoskwiń w syropie
250 g piersi z kurczaka
1 litr wody
2 kostki rosołowe
ząbek czosnku
80 g cebuli
100 g pieczarek
100 ml soku z cytryny
pół łyżeczki imbiru
pół łyżeczki słodkiej mielonej papryki
2 łyżki posiekanej pietruszki
szklanka ugotowanego ryżu
Wykonanie:
Pokrojoną w kostkę cebulę, wyciśnięty (lub siekany) czosnek, pokrojone w kostkę (2 cm) mięso, kostki rosołowe, syrop z brzoskwiń i wodę gotujemy ok. 20 minut.
Po tym czasie dodajemy pokrojone w plastry pieczarki wymieszane z sokiem z cytryny, pokrojone w grubą kostkę brzoskwinie, imbir, paprykę i ugotowany ryż. Gotujemy jakieś jeszcze jakieś 3-4 min.
Do zupy dodajemy natkę pietruszki i ewentualnie solimy.
Przepis pochodzi z książki Thermomix na bankiecie. W mojej dzisiejszej wersji nie było pieczarek (bo unikam grzybów) oraz kostek rosołowych (bo z zasady nie używam takich świństw, był bulion warzywny - pokrojona włoszczyzna gotowana w koszyczku). Poza tym wolę wyciskany czosnek, siekany mi nie smakuje. Specjaliści twierdzą, że jest różnica i ja ją czuję.
A na wieczór Ziutek zrobił pyszne gofry! Tak odpuściłam sobie dietę, tzn. nie do końca. Unikam kilku składników (żyta, jajek, nabiału krowiego, migdałów;( grzybów, drożdży).
A jutro będzie kurczaczek w sosie brokułowym z pomarańczami, jeszcze tego nie robiłam, ale mam nadzieję, że będzie pyszne. Dodam jeszcze, że wczoraj rozpoczęliśmy sezon balkonowy i obiadujemy na powietrzu.
Ten blog założyłam, aby nie uciekło zupełnie to, co się dzieje wokół mnie i to, co robię. Ma być też podglądem mojego życia dla bliskich, którzy są daleko. Chcę zamieszczać to wszystko, co robię w wolnym czasie, dużo tego nie będzie, bo wolnego czasu mam mało. Dlatego też chcę zapisywać sobie te cenne chwile. Zapraszam
niedziela, 1 maja 2011
piątek, 29 kwietnia 2011
Myślałam, że moja zagadka z lamusa będzie prostsza, że choć pierwsza rzecz będzie znajoma. A tu nic z tego. Zatem ogłaszam konkurs z nagrodą niespodzianką! Kto pierwszy zgadnie do czego służą te przedmioty, to otrzyma ode mnie coś. To coś to będzie jakaś biżu. Filc, makrama albo sutasz. Jeszcze nie wiem, ale coś w ten weekend specjalnie na tę okazję stworzę:)
Ponawiam pytanie co to jest i do czego służy:
A teraz mała prezentacja ostatnio stworzonych kolczyków. Jakoś tak pierwszy raz nie mam odwagi pokazać swego działa. Gotowe jest już od niedzieli, a wciąż nie jestem pewna czy powinno być pokazywane...
Raz kozie śmierć!
Drzewa zazieleniły się i u mnie. Wersja w kolorze srebrnym ma być dla Wiewióry (chyba, że woli dziuplę na innym gatunku drzewa;))
Ponawiam pytanie co to jest i do czego służy:
A teraz mała prezentacja ostatnio stworzonych kolczyków. Jakoś tak pierwszy raz nie mam odwagi pokazać swego działa. Gotowe jest już od niedzieli, a wciąż nie jestem pewna czy powinno być pokazywane...
Raz kozie śmierć!
Drzewa zazieleniły się i u mnie. Wersja w kolorze srebrnym ma być dla Wiewióry (chyba, że woli dziuplę na innym gatunku drzewa;))
Wersja miedziana i trochę większa od srebrnej, na razie pojedynczy kolczyk/wisior.
Bratu się nie podobały, więc pewnie stąd ta moja nieśmiałość...czwartek, 28 kwietnia 2011
Zagadki z lamusa
Z okazji świąt pomyszkowałam trochę w rodzinnych zakamarkach.
Poniższe cuda wymyszkowałam u Babci:)
Kiedyś każda przyzwoita pani domu miała takie oto coś:
A niektóre miały nawet to:
Czy współczesne panie domu jeszcze wiedzą, do czego te narzędzia służyły? Ja się przyznaję, że drugiego nie znałam, a pierwszy to i owszem, widziałam jeszcze jak Mama posługiwała się nim.
U Mamy w szufladzie znalazłam takie materiały, które zostały po ciotce Anicie (pisałam o niej tu, dużo fajnych i rzeczy i wspomnień po niej zostało).
Nie mam pojęcia co to za materiał, trochę jakby bawełna, trochę żorżeta, trochę kreszowany. Miękki i nie trzeba go prasować:)
A to niby jedwab, ale syntetyczny. Trochę tylko się gniecie, jest lejący i zimy w dotyku. Ma niewygodną dla mnie szerokość: 90 cm! Nie lubię z takiej szyć.
Trafiły mi się te materiały nagle, podobają mi się, ale jeszcze nie przyszło mi do głowy, w jaki sposób je wykorzystać. Chodzę, siedzę, czy leżę to myślę co też z nich zrobić...
A tu jeszcze jeden materiał, już sobie ostrzyłam zęby na princeskę, ale dopiero gdy robiłam zdjęcie okazało się... że ciotka Anita już zaczęła z niego szyć! To początek układanej spódnicy. Jest nawet karteczka napisana przez ciocię z wymiarami i wielkością zakładek.
I teraz pytanie: dokończyć jej dzieło, czy pruć i zrobić coś po swojemu?
Poniższe cuda wymyszkowałam u Babci:)
Kiedyś każda przyzwoita pani domu miała takie oto coś:
A niektóre miały nawet to:
Czy współczesne panie domu jeszcze wiedzą, do czego te narzędzia służyły? Ja się przyznaję, że drugiego nie znałam, a pierwszy to i owszem, widziałam jeszcze jak Mama posługiwała się nim.
U Mamy w szufladzie znalazłam takie materiały, które zostały po ciotce Anicie (pisałam o niej tu, dużo fajnych i rzeczy i wspomnień po niej zostało).
Nie mam pojęcia co to za materiał, trochę jakby bawełna, trochę żorżeta, trochę kreszowany. Miękki i nie trzeba go prasować:)
A to niby jedwab, ale syntetyczny. Trochę tylko się gniecie, jest lejący i zimy w dotyku. Ma niewygodną dla mnie szerokość: 90 cm! Nie lubię z takiej szyć.
Trafiły mi się te materiały nagle, podobają mi się, ale jeszcze nie przyszło mi do głowy, w jaki sposób je wykorzystać. Chodzę, siedzę, czy leżę to myślę co też z nich zrobić...
A tu jeszcze jeden materiał, już sobie ostrzyłam zęby na princeskę, ale dopiero gdy robiłam zdjęcie okazało się... że ciotka Anita już zaczęła z niego szyć! To początek układanej spódnicy. Jest nawet karteczka napisana przez ciocię z wymiarami i wielkością zakładek.
I teraz pytanie: dokończyć jej dzieło, czy pruć i zrobić coś po swojemu?
Wspomnienia po świętach
Bardzo serdecznie dziękuję za ostatnie wpisy i za życzenia.
Kilka osób pytało o ser owczy. Otóż smakuje i pachnie lekko... hmm oborowo. Kto był w oborze, ten wie, co mam na myśli. Ma dość intensywny posmak i aromat. Silniejszy niż w kozim serze. Na początku trochę mnie to uderzyło po nosie, ale smak jest niczego sobie i ten szczególny aromat przestałam zauważać. Wiem, że moja Babcia nie tknęłaby tego sera, nie jest w jej typie, wiem zatem, że nie każdemu będzie smakować.
A teraz sernik nowojorski, którym chwaliła się Hrabina
Spód( i ewentualnie boki, rzecz gustu):
250 g ciastek degestive (w PL może herbatników, ale nie jestem pewna)
125g rozpuszczonej margaryny lub masła.
masa serowa:
750 g sera,
3 jajka,
220 g cukru (lub trochę mniej)
180 g gęstej śmietany (może być jogurt naturalny)
2 łyżki startej skórki z cytryny
ok. 60 ml soku z cytryny
Hrabina dodaje aromat waniliowy
Formę KONIECZNIE wyłożyć folią. Ciastka rozkruszamy i mieszamy z rozpuszczoną margaryną, wykładamy tym spód i ew. boki. wstawiamy na pół godz. do lodówki na schłodzenie. Rozgrzewamy piekarnik do 170 st i zaczynamy przyrządzać ciasto, czyli wymieszać wszystkie składniki. Po prostu zmiksować i nie przejmowac się, że to jest bardzo, bardzo płynne. Wylać do formy, od góry można przykryć papierem, żeby się nie palił. Pieczemy dość długo - około 1 godz i 45 min, czasem dłużej. Aż się zetnie.
Hrabina piecze w tzw. kąpieli wodnej, czyli pod półkę z sernikiem wstawia blachę wypełnioną wrzącą wodą i w tej parze sernik się piecze. W trakcie sprawdzać czy wciąż jest woda, razie czego dolać.
Po upieczeniu i wystygnięciu wstawić na minimum 12 godz. do lodówki, potem można jeść.
Wydaje się pracochłonne, ale w sumie robi się szybko. Najwięcej czasu zajmuje przygotowanie skórki z cytryny:))
A to mój świąteczny niewypał:) Nawet fotka nie chce trzymać się pionu;)
Mama nie przejęła się tym, że dwie baby się rozpadły, ba! Ona się nawet ucieszyła! Bo wyszły smaczne i będzie mogła z czystym sumieniem je zjeść. Następnego dnia powtórzyłam pieczenie i wyszło dużo lepiej
A tu kilka pamiątkowych świątecznych fotek:
Kilka osób pytało o ser owczy. Otóż smakuje i pachnie lekko... hmm oborowo. Kto był w oborze, ten wie, co mam na myśli. Ma dość intensywny posmak i aromat. Silniejszy niż w kozim serze. Na początku trochę mnie to uderzyło po nosie, ale smak jest niczego sobie i ten szczególny aromat przestałam zauważać. Wiem, że moja Babcia nie tknęłaby tego sera, nie jest w jej typie, wiem zatem, że nie każdemu będzie smakować.
A teraz sernik nowojorski, którym chwaliła się Hrabina
Spód( i ewentualnie boki, rzecz gustu):
250 g ciastek degestive (w PL może herbatników, ale nie jestem pewna)
125g rozpuszczonej margaryny lub masła.
masa serowa:
750 g sera,
3 jajka,
220 g cukru (lub trochę mniej)
180 g gęstej śmietany (może być jogurt naturalny)
2 łyżki startej skórki z cytryny
ok. 60 ml soku z cytryny
Hrabina dodaje aromat waniliowy
Formę KONIECZNIE wyłożyć folią. Ciastka rozkruszamy i mieszamy z rozpuszczoną margaryną, wykładamy tym spód i ew. boki. wstawiamy na pół godz. do lodówki na schłodzenie. Rozgrzewamy piekarnik do 170 st i zaczynamy przyrządzać ciasto, czyli wymieszać wszystkie składniki. Po prostu zmiksować i nie przejmowac się, że to jest bardzo, bardzo płynne. Wylać do formy, od góry można przykryć papierem, żeby się nie palił. Pieczemy dość długo - około 1 godz i 45 min, czasem dłużej. Aż się zetnie.
Hrabina piecze w tzw. kąpieli wodnej, czyli pod półkę z sernikiem wstawia blachę wypełnioną wrzącą wodą i w tej parze sernik się piecze. W trakcie sprawdzać czy wciąż jest woda, razie czego dolać.
Po upieczeniu i wystygnięciu wstawić na minimum 12 godz. do lodówki, potem można jeść.
Wydaje się pracochłonne, ale w sumie robi się szybko. Najwięcej czasu zajmuje przygotowanie skórki z cytryny:))
A to mój świąteczny niewypał:) Nawet fotka nie chce trzymać się pionu;)
Mama nie przejęła się tym, że dwie baby się rozpadły, ba! Ona się nawet ucieszyła! Bo wyszły smaczne i będzie mogła z czystym sumieniem je zjeść. Następnego dnia powtórzyłam pieczenie i wyszło dużo lepiej
A tu kilka pamiątkowych świątecznych fotek:
środa, 20 kwietnia 2011
Odrobina luksusu i rozpusty
Czyli szaleństwo kulinarne. Udało mi się kupić czysty ser owczy (bez dodatku mleka krowiego) i to jest ten luksus, bo ser tani nie był. Powstała zatem prawdziwa sałatka szopska. Pomidor, ogórek, papryka i cebula, całość posypana tarkowanym owczym serem
A rozpustą jest prawdziwy chleb pszenny na pszennym zakwasie, który z okazji świąt pozwoliłam sobie jeść. Wiem, że to gluten, ale najbardziej nie powinnam jeść żyta i drożdży, dlatego chleb jest pszenny i na pszennym zakwasie. Takie mniejsze zło;)
Z czystym pszennym zakwasem to ponoć nie taka prosta sprawa, ale moja droga Wiewióra nie takim wyzwaniom potrafi sprostać. Bo oczywiście to ona jest autorką tego wypieku. Ja już się na chleby więcej nie porywam - niech robią to ci, co mają do tego talent, ja do nich nie należę, trudno.
A chlebek! O mniam! Ciekawe czy choć kawałek dotrwa do świąt? Dziękuję Ci Wiewióro z całego serducha za ten przysmak!!!
To poniżej
to nie są śniegi Kilimandżaro, a początek sernika wiedeńskiego, który na święta zamówiła u mnie Ziutkowa Mamcia. Sernik wychodzi mi brzydki jak nieszczęście, ale ponoć bardzo smaczny. Nawet sam Ziutek, który serników nie tyka, zajada się nim. To miłe:)))
A teraz coś dla odmiany: biżu i kolejne kolczyki filcowe. Tym razem różowiutkie na specjalne zamówienie. Już podobne robiłam trzy razy i pewnie zrobię jeszcze nie raz.
A rozpustą jest prawdziwy chleb pszenny na pszennym zakwasie, który z okazji świąt pozwoliłam sobie jeść. Wiem, że to gluten, ale najbardziej nie powinnam jeść żyta i drożdży, dlatego chleb jest pszenny i na pszennym zakwasie. Takie mniejsze zło;)
Z czystym pszennym zakwasem to ponoć nie taka prosta sprawa, ale moja droga Wiewióra nie takim wyzwaniom potrafi sprostać. Bo oczywiście to ona jest autorką tego wypieku. Ja już się na chleby więcej nie porywam - niech robią to ci, co mają do tego talent, ja do nich nie należę, trudno.
A chlebek! O mniam! Ciekawe czy choć kawałek dotrwa do świąt? Dziękuję Ci Wiewióro z całego serducha za ten przysmak!!!
To poniżej
to nie są śniegi Kilimandżaro, a początek sernika wiedeńskiego, który na święta zamówiła u mnie Ziutkowa Mamcia. Sernik wychodzi mi brzydki jak nieszczęście, ale ponoć bardzo smaczny. Nawet sam Ziutek, który serników nie tyka, zajada się nim. To miłe:)))
A teraz coś dla odmiany: biżu i kolejne kolczyki filcowe. Tym razem różowiutkie na specjalne zamówienie. Już podobne robiłam trzy razy i pewnie zrobię jeszcze nie raz.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Poniedziałkowe lenistwo, kilka odpowiedzi i zapowiedź?
Czyli dziś nic nie tworzę, a przetwarzam. Skracam spodnie Ziutka i spodnie dla Wiewióry, która zlitowała się nade mną i przygarnęła moje niefortunnie kupione gacie. Kilka lat temu bardzo schudłam i kupiłam spodnie fajnie leżące na mnie w tym czasie, ale dość szybko wyszłam z drastycznie niskiej wagi i w końcu tych spodni nigdy nie ubrałam. Szkoda mi ich było, bo fajny materiał, fajny fason i wzór też (kratka). I oto doczekały się! Będą – mam nadzieję – cieszyć nowa użytkowniczkę. Dodam tylko, że leżą na niej super! Zupełnie jak na nią szyte, tylko że ciut za długie.
Asiu M. (Torebusiu)! Nie używałam stopki teflonowej, tylko zwykłą. Mam starego Łucznika i żadnych cudownych stopek – poza stopką do wszywania krytych zamków – nie mam na stanie. Szwów nie wzmacniałam, tylko podczas szycia mocno trzymałam i naciągałam materiał przed i za stopką. Tak mi kiedyś poradziła pani ze sklepu z tkaninami. Zmieniłam nieco ten model bluzki. Miał być zamek z boku rozpinany nie z góry na dół, a odwrotnie. Żabot faktycznie jest duży i przyciąga wzrok. W tej Burdzie jest jeszcze sukienka z podobną górą. Przymierzam się do niej, zobaczymy jak wtedy będzie ten żabot wyglądał.
Marzycielko! Też wcześniej dziwiłam się, jak można przeszyć sobie palec? Przecież jak się plilunje, jak się uważa, to jest to niemożliwe… Wiedziałam jednak, że to się zdarza. Ponoć każda krawcowa ma taki epizod (moja Babcia miała raz, a szyła od 15 roku życia). A teraz już wiem, że można i wiem, że boli. I cieszę, że tylko mi się wbiła, a nie przeszła na wylot.
Zatem ostrzegam! Dziewczyny, uważajcie na palce!
„…Pance? Pance?! Nein, nein…“ (kto zgadnie z czego to cytat?;))
Zapowiedź? Licznik z komentarzami zbiliża się do okrągłej liczby. Może by tak znów kogoś złapać? Zrobiłabym jakąś niespodziankę…
niedziela, 17 kwietnia 2011
Wspomnie smakowitej soboty oraz niedziela leniucha
Wspominałam już wczoraj, że sobotnie popołudnie spędziłam w Wiewiórczym Azylu (dla mnie to prawdziwy azyl:)). Wiewióra rozpieszczała mnie kulinarnie, ach! jakie smakołyki tam były! Poniżej fotorelacja z obżarstwa, a jeśli komuś spodoba się któraś z potraw, to przepisów proszę szukać tutaj.
Wspaniała zupa meksykańska, to już moja dokładka:
Prawie już wspomnienia po ciasteczkach owsianych (o ludzie, ależ były pyszne!). A leżą na fantastycznym olbrzymim talerzu zrobionym przez Wiewiórę.
A to już słodki wieczorny deser halawa o niesamowitym, orientalnym smaku. W końcu to hinduski deser.
Aby nie było, że tylko się obżerałyśmy, pokaże co mi udało się zrobić. Kolczyki z makramy i koralików, fioletowe na zamówienie Doroty. Mam nadzieję, że jej się spodobają.
A dzisiejszy dzień też był w fioletowym kolorze. Dokończyłam moje pierwsze sutaszowe kolczyki. Oto one:
Wspaniała zupa meksykańska, to już moja dokładka:
Prawie już wspomnienia po ciasteczkach owsianych (o ludzie, ależ były pyszne!). A leżą na fantastycznym olbrzymim talerzu zrobionym przez Wiewiórę.
A to już słodki wieczorny deser halawa o niesamowitym, orientalnym smaku. W końcu to hinduski deser.
Aby nie było, że tylko się obżerałyśmy, pokaże co mi udało się zrobić. Kolczyki z makramy i koralików, fioletowe na zamówienie Doroty. Mam nadzieję, że jej się spodobają.
A dzisiejszy dzień też był w fioletowym kolorze. Dokończyłam moje pierwsze sutaszowe kolczyki. Oto one:
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























