Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Poszły w świat

Dziś sprzedałam moje włosy. Za 72 cm 142 g farbowanych włosów dostałam 284 zł. Za niefarbowane stawka jest wyższa.
Trochę dziwnie mi było, ale jeszcze przed ścięciem postanowiłam, że nie zatrzymam kity tylko sprzedam i starałam się być dzielna.

sobota, 31 października 2015

Stop sobotnim porządkom!



Czyli jak przygotowałam mój tygodniowy harmonogram sprzątania

W ciągu ostatnich pięciu lat, odkąd trafiłam w blogosferę, bardzo dużo dzięki niej zmieniło się w moim życiu zawodowym, rodzinnym i we mnie samej. Jedną z ważnych zmian jest moje podejście do sprzątania. Zmieniło się ono totalnie i coraz mniej ma wspólnego z tym, czego byłam uczona w dzieciństwie.

Traumatyczna przeszłość
Kto, tak jak ja, do dziś pamięta soboty, w których robiło się generalne porządki? Tak, to sobota była wielkim dniem sprzątania (kiedyś też i prania). Układanie i chowanie rzeczy na miejsce. Ścieranie kurzu z półek na mokro od góry do dołu. Odkurzanie od krańca pokoju do jego wejścia (aby śmieci wynosić, a nie wnosić), a potem jeszcze ścieranie podłogi na mokro. A potem kolejny pokój, łazienka, korytarz, schody (schody długo były moim udziałem w domowych porządkach).

Do dziś pamiętam chwile, w których ścieram kurze w moim pokoju. Takie sprzątanie zajmowało mi cały dzień, a i był też taki czas, gdy nie dawałam rady z jednym pokojem. Pamiętam te męki, groźby i kary, że jak nie wykonam swoich obowiązków, nie będę oglądać dobranocki, czy też filmu tego lub owego, który lada moment miał się zacząć. Nie będę uczestniczyć w rodzinnym wieczorze, który był zaplanowany jako wspólne świętowanie we wspólnie wyczyszczonym domu. Po przepychankach z mamą, jedynie łaska ojca i solenne postanowienie poprawy za tydzień, ratowały mnie przed wykluczeniem i spędzeniem wieczoru na górze (czyli w moim pokoju). Ileż łez się wtedy lało! Jednym z filmów, na który nie mogłam wyrobić było 'Pół żartem, pół serio' z Merlin Monroe. Przyszłam spóźniona i do dziś nie wiem, jak film się zaczynał.

Tak, sobotnie sprzątanie to była dla mnie wielka katastrofa. Marzyłam, aby ktoś przyszedł i zrobił to za mnie. Nie znałam innych sposobów, aż do wejścia w blogosferę i poznania tygodniowego harmonogramu sprzątania.

Trudne początki
Pierwszy raz z tygodniowym harmonogramem sprzątania spotkałam się na nieistniejącym już blogu Elizy - Utkane z marzeń. Pokazywała, w jaki sposób dba o cały dom, który na zdjęciach wyglądał wprost bajecznie. Każdego dnia robiła kilka czynności, które miały zapewnić czystość i ład na bieżąco. Trochę kłóciło mi się to z moim wychowaniem w tradycji sobotniego sprzątania, bo jak to? Dom nie będzie ani razu tak porządnie czysty, tylko tak po trochu? Przecież jak sprzątnę dziś tu, a jutro tam, to jutro tu już będzie brudne, a po jutrze to będzie brudno i tu i tam? Wizja momentu, w którym mój dom jest wyczyszczony wszędzie i lśni dominowała i, nie oszukujmy się, była dla mnie nierealna.

Poszłam za jej przykładem i zrobiłam harmonogram prac, które będę wykonywać w tygodniu, aby mieć sobotę wolną, a mieszkanie było cały czas czyste. Przygotowałam listę czynności do wykonania codziennie, raz w tygodniu, raz w miesiącu i raz na pół roku lub raz na rok. Codziennie miałam robić czynności codzienne i kilka z tych raz w tygodniu plus jedna, dwie z listy - raz w miesiącu - tak aby przez tydzień, do każdego zakamarka zajrzeć i go uprzątnąć, i aby przez miesiąc, wykonać wszystko inne, co potrzebuje rzadszej pielęgnacji.

Mój harmonogram był imponujący! I nierealny
Niestety, a może na szczęście, nie zachował się, ale pamiętam, że codziennie miałam do wykonania 7-8 czynności. I co? I… nic. Plan był tak ambitny, że aż niewykonalny i zrodził we mnie masę frustracji. Ani razu nie udało mi się przerobić założonych tygodniowych czynności! Zarzuciłam go więc i sprzątałam od przypadku do przypadku, jak pozwalała na to praca i wyjazdy wszelkie.

Kolejna próba
Po kilku latach wróciłam do tego tematu. Inspiracją znów był fantastyczny blog. Trafiłam do Edyty Zając, gdy właśnie dzieliła się z czytelnikami bloga swoim idealnym harmonogramem domowym. Tam też był harmonogram porządków. Kolejnymi miejscami z sieci, które pomogły mi stworzyć mój obecny harmonogram były blogi Kingi Petrus Perfekcyjna w domu (tutaj podpatrzyłam okienka do odptaszkowywania wykonanych czynności) i Zorganizowana u której jest mnóstwo inspiracji, na organizację przestrzeni wokół siebie.

Mój harmonogram powstał pod koniec 2014 roku i do dziś uległ tylko drobnym modyfikacjom. Wchodziły lub wychodziły zajęcia, które są poza domem i skracają czas na sprzątanie w danym dniu, jest wersja większa na dwie osoby i mniejsza na jedną osobę, co powstało, gdy zostałam ze wszystkim sama i stwierdziłam, że w kryzysie trzeba być dla siebie dobrym i nie mam potrzeby, bym na przykład co tydzień sprzątała w garderobie, skoro prawie jej nie używam, albo myła kuchenkę, gdy jadłam poza domem.

Harmonogram na moją miarę

Po wielu miesiącach z tym harmonogramem mogę powiedzieć, że wreszcie się sprawdza, dom wygląda dużo lepiej. Tygodniowy harmonogram sprzątania pomógł mi przetrwać trudne chwile, gdy mój mąż był przy mamie w szpitalu, a ja musiałam przetrwać od poniedziałku do piątku zanim znów ich zobaczę. Gdy wracałam do domu w kiepskiej formie, skołowana, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić i chciało mi się tylko płakać, harmonogram był dla mnie jak ster i latarnia morska. Skupiałam się na wykonaniu określonych zadań, a nie na myśleniu co ja mam jeszcze zrobić.

Co stoi za sukcesem mojego drugiego harmonogramu? Dlaczego pierwszy zrodził frustrację, a drugi działa? Oto kilka spraw, które pomogły mi przygotować harmonogram skrojony na miarę i zapewnić ład w mieszkaniu.

Odpuszczanie
Nie musisz, nie wali się i nie pali, jak nie zrobisz? Nie rób!

Nauczyłam się odpuszczać i robić minimalne minimum. Oświeciło mnie, że skoro przez 10 lat, jak mieszkam w obecnym miejscu, kontakty i włączniki czyściłam przy remontach lub na święta, to nie ma potrzeby, abym robiła to raz w miesiącu jak Eliza. Nie mam małych, słodkich i brudnych rączek - nie ma potrzeby tego co chwilę myć.

Podobnie było z wieloma innymi czynnościami, które w mojej wizji idealnego domu powinny być regularnie robione. Skoro robiłam coś do tej pory raz na rok, to choć mi się tak marzy, nie muszę tego robić co tydzień! Odpuściłam wiele czynności i choć ktoś mógłby za głowę się złapać, że nie robię tego czy owego, to moje mieszkanie i tak zyskało. Robię mniej, ale regularnie i to daje naprawdę duży efekt.

Mierzenie czasu
Zmierzyłam większość wykonywanych regularnie czynności i wiem, że najwięcej czasu zajmuje mi odkurzenie mieszkania - 30 minut. Jak ktoś będzie Wam wciskać kit, że można to zrobić w 15 minut, to spytajcie: jaką ma powierzchnię do odkurzenia, ile ma pomieszczeń, ile w nich mebli, dookoła których trzeba krążyć, czy ma dzieci lub zwierzęta. I nie wpadajcie w kompleksy, że jesteście ciamajdy i nie potraficie odkurzyć w kwadrans. Ja odkurzam pół godziny przygotowane do odkurzania 57 metrów kwadratowych. Podobnie zajmuje mi mycie podłogi. I to są najdłuższe czynność, jakie robię. Trochę mniej zajmuje mi sprzątnięcie ubikacji i ścieranie kurzu - 20-25 min. Reszta czynności od 8 do 15 minut.

Grupowanie
Zadania zebrałam tak, aby każdego dnia zajmowały jak najmniej czasu. Staram się wyrobić w godzinę lub pół, aby się nie zmęczyć, a jednocześnie było widać efekt. Im krótszy blok czasowy, tym lepiej, bo nawet jak po pracy padamy na nos, jesteśmy w stanie się zmobilizować. Co tych 15-20 minut nie wykrzeszemy z siebie? No damy radę i już jest po robocie.

Dzielenie się
Nie mieszkam sama, więc niby z jakiej okazji tylko ja miałabym sprzątać? Obowiązki są podzielone na męża i mnie. Przegadaliśmy to, podzieliliśmy kto co woli, co robi lepiej lub na co ma więcej danego dnia czasu i jest prościej. W sytuacjach nietypowych, gdy przez prawie pół roku nie było mojego męża, lub gdy ja uczyłam się do egzaminów, druga osoba robiła zadania za dwie osoby.

Odhaczanie
Bardzo przydatny sposób. Harmonogram jest przygotowany na miesiąc, czyli z grubsza na 4 tygodnie i przy każdej czynności są cztery kratki. Zadanie wykonane, w kratce stawiamy ptaszka lub pierwszą literkę imienia osoby, która zadanie wykonała.

Zdarza się, że mamy coś na mieście do załatwienia, późno wracamy i jakiegoś dnia nie zrobimy wszystkiego lub nie zrobimy nic. Trudno, wyspać się też trzeba. W danym dniu, przy danej czynności zostaje pusty kwadracik. Gdy będzie dzień wolniejszy można to nadrobić albo i nie. W kolejnym tygodniu widzę, co mogę odpuścić, a czego nie, bo nie było zrobione tydzień wcześniej i dwa tygodnie przestoju to już za długo. Gdy brakuje czasu można odpuścić coś innego.

Nagroda
Soboty, które w tym roku w całości spędziłam w moim domu mogę policzyć na palcach. Gdy już w nim jestem, to chcę nacieszyć się moim domkiem, a nie latać cały dzień i pucować. Chcę posiedzieć w fotelu z książką, leżeć na kanapie gapić się na kwiaty doniczkowe, albo leżeć w sypialni i patrzeć na zdjęcia na ścianie i jeść jabłka. Bo dom to nie tylko obowiązki, to przede wszystkim przyjemność.

 A tutaj mój harmonogram

czwartek, 15 października 2015

Co z tym blogiem?



Co z tym blogiem mam zrobić? Takie pytanie nasuwa mi się od kilku tygodni. Niewiele na nim się dzieje, nie pałam już taką chęcią zamieszczania postów jak kiedyś. Mam przygotowanych kilka wpisów, ale nie przygotowałam do nich zdjęć. Jeden z nich czeka już od… stycznia! Odczuwam niemoc blogową i rozsądnie byłoby zamknąć blog i pozbyć się wyrzutów sumienia, że leży odłogiem.
Znalazłam inne miejsca w sieci, które mnie zafdacynowały. Mam tam swoje profile i często zaglądam. Jestem na Instagramie (tutaj) , a ostatnio rozgryzam Pinterets.
Zmiany w życiu
Ponad rok temu pożegnałam moją ukochaną, choć bardzo absorbującą pracę (nie zrobiłam tego zupełnie dobrowolnie) i wydawało mi się, że jak będę mieć nową to będę mieć popołudniami tyle wolnego czasu i będę tyle robić, że ho ho! A tu nic z tego. W poprzedniej pracy miałam dni (i noce), gdy pracowałam w domu, jeździłam w teren i w końcowym okresie dwa razy w tygodniu do biura. Przesiadka z prawie wolnego zawodu do pracy czysto biurowej okazała się nie taka łatwa i nie lekko mi się odnaleźć w życiu stale zabiurkowym. A przez to i w codziennym prywatnym też.
Różne smutki
Choć nowa praca była dla mnie wybawieniem, to po odejściu z poprzedniej dopadł mnie smutek i kryzys. I w tym czasie trafiłam na kilka fantastycznych blogów, które podnosiły mnie na duchu.
Pierwszym z nich był zamknięty już blog Uli - Sen Mai, na który trafiłam dzięki Maknecie z bloga Drobiazgi Maknety.
Jak to z blogami bywa, kolejne ciekawe znajduje się je jakby się szło po sznurku. Ula organizowała zabawy blogowe (kilka razy i ja wzięłam w nich udział) i właśnie podczas takiej zabawy, w której  zadaniem było podać linki do ulubionych blogów trafiłam na blog Edyty Zając. I właśnie ten blog był moim hitem ostatniego roku. Zachwycił mnie on tak bardzo, że zaczęłam robić notatki i wiele z jej pomysłów wprowadzać w nasze życie. Edyta właśnie publikowała jesienną wersję swojego planera. Spróbowałam i ja zrobić swój planer i nawet mi się udało i korzystałam z niego w pierwszym kwartale tego roku (a potem trzeba było go zmodyfikować).
Zmiana planów
Gdy już wszystko zaczęło fajnie trybić, gdy spisaliśmy sobie plany i cele na nowy 2015 rok, okazało się, że mamie mojego męża zostało niewiele życia. Mąż przeniósł się do niej, a ja dojeżdżałam gdy miałam wolny weekend. Znów blog Edyty pomagał mi przetrwać ten trudny czas, samotne siedzenie w mieszkaniu, godziny w samochodzie (230 km w jedną stronę) i ostatnie chwile z mamą.
W czerwcu pożegnaliśmy ją. Pogrzeb odbył się w naszą 10. rocznicę ślubu.
Nowe życie, nowe plany
Od czerwca próbujemy odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale jest nam trudno. Nie możemy ogarnąć się z prostymi sprawami. Nie odżywiamy się zdrowo (tak, tak nawet chodzimy do fastfooda na M.), nie ćwiczymy i mamy prawie stale bałagan, który doprawiają obecnie trzy koty.
Pod koniec września udało nam się wyjechać na urlop wypoczynkowy, wróciliśmy z mocnym postanowieniem poprawy, ale niestety dopadało mnie przeziębienie. Jestem w tej chwili na zwolnieniu, czuję się już lepiej i jak tylko wydobrzeję, bierzemy się w garść. Mamy sporo planów i kilka domowych projektów, które czekają na realizację.
Kto dobrną do końca wpisu nich mocno trzyma kciuki, aby nam się udało.

środa, 15 lipca 2015

Webinar

Pierwszy raz uczestniczę w webinarze. Prowadzi Pani swojego czasu czyli Ola Budzyńska.
Ciekawe doświadczenie.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Prawdziwa, elegancka restauracja

Z okazji 10. rocznicy ślubu, moich były imienin i nadchodzących imienin męża poszliśmy do Opasłego Tomu, eleganckiej restauracji, należącej do Kręglickich, rodzeństwa restauratorów. Zostaliśmy dopieszczeni smakami i profesjonalną obsługą. Właśnie tak powinno być w każdej restauracji, np. to że kelnerzy informują dokładnie co jest w menu, wiedzą co polecić, poinformują co właśnie dostajesz na talerzu i jeśli niechcący spadnie ci widelec, od razu przyjdą z czystym. Obrus jest świeży dla każdego klienta, a serwetki do wycierania ust z tkaniny, a nie z papieru. Nie wspominając, że kwiaty są żywe a nie sztuczne. Mieliśmy zamówiony stolik (bo czasem ciężko tam wejść bez rezerwacji) i menu degustacyjne z sześciu dań. Na początek była sałatka z grillowanych szparagów w sosnowym sosie z listkami świeżych ziół i wędzoną ritą (kozi ser). Potem zupa krem z kalarepki z pesto z liści rzodkiewki i rukwi wodnej. Później halibut w sosie marchewkowo-maślanym z kiszoną młodą kapustą i czerwoną soczewicą, po tym dostaliśmy sorbet cytrynowo-miętowy na oczyszczenie kubków smakowych po rybie, bo później miał być drób, czyli pierś perliczki w cydrze z pęczakiem, botwinką i słonecznikiem. Po daniach głównych były desery: polskie sery zagrodowe (mleczna droga, kozia rura i ser kozi z popiołem) i na koniec degustacja czterech mini deserów (Crème brûlée, tiramisu - były boskie!). Jedynie lemoniada mi nie przypadła do gustu, chyba za bardzo jestem przywiązana do smaku lemoniady, którą robię i znam od dzieciństwa. Chętnie odwiedzimy pozostałe restauracje rodziny Kręglickich - tyle jeszcze smaków do odkrycia!

niedziela, 21 czerwca 2015

Leżę sobie

Pierwsza wolna od nie pamiętam kiedy niedziela. Nic nie muszę za to mogę być na działce i leżeć w hamaku.
Jest dobrze.

sobota, 20 czerwca 2015

Egzamin, nagrody i pocieszajki

Zdałam, uff! Cieszę się, że to już za mną.
Kolejny egzamin dyplomowy uczciłam w ulubionej lodziarni. I kolejny raz mnie obsługa zaskoczyła. Po obronie magisterki dostałam puchar lodów gratis, bo ktoś uczył się ozdabiania deserów lodowych. Tym razem dostałam dodatkową porcję rurek waflowych, bo pochwaliłam, że smaczne i że to smak mojego dzieciństwa.
Poza tym są tam pyszne lody i warto wybrać się tam nawet bez okazji:)
A potem był Empik i kolejne nagrody i pocieszajki.
"Spektrum" - gdy zobaczyłam nazwisko autora od razu wiedziałam, że muszę mieć tę książkę. Dr Ornish jest dla mnie wielkim autorytetem. Wielu ludziom, którym tradycyjną medycyna powiedziała koniec, uratował życie. Później zajrzałam do środka i zobaczyłam, że redakcję merytoryczną zrobiła dr Biernat-Kałuża - moja lekarka, której wiele w życiu zawdzięczam.
Jestem bardzo ciekawa, co dokładnie znajdę w tej książce.
"Czerwony czołgista" to wybór męża.
A książka "Bóg zawsze znajdzie ci pracę" R. Brett została wypatrzona przez męża już przy kasie. Przeceniona i jak jej nie kupić skoro i tak chciałam mieć jej kolejny tytuł?
A potem był spacer po mieście i rocznicowo-imieninowe wyjście do restauracji. Ale to już inna historia...

piątek, 19 czerwca 2015

Przed egzaminem mały cykor

Jutro o 10:30 mam egzamin, a nastrój jest mało sprzyjający nauce. Nie udało mi się przygotować tak, jak planowałam i będzie musiało mi wystarczyć to, co zrobiłam.
Są przedmioty i pytania, z którymi wiem, że dam sobie świetnie radę. Jednak są też takie tematy, które niezbyt mi podchodzą.
Mam nadzieję, że trafię w swoje pytania i bez obciachu zdam ten egzamin.
Trzymajcie za mnie kciuki, proszę!
A kto zgadnie, co zamierzam robić gdy już będzie to za mną? Trzy ważne dla mnie sprawy :)))

Update: zdałam, uff!

środa, 27 maja 2015

Siedlisko wśród bzów

Tak wygląda w maju moje gniazdo, do którego wracam. Fioletowe lilaki, potocznie zwane bzami, rosną z trzech stron. Gdy kwitną wygląda to jak mały raj. Ten widok od zawsze mnie zachwyca i bardzo się cieszyłam, że w ostatni weekend trafiłam na pełnię kwitnienia.
Piękna pogoda w dzień, pogodna noc ze śpiewem słowików i ten zapach...
Serce mi się kroiło, gdy znów sama musiałam odjeżdżać...

piątek, 22 maja 2015

Szczęście znów się uśmiecha

I kolejny raz poszczęściło mi się w kończynie. Tym razem znalazłam pięciolistną. Trochę nie foremna, ale pięć listków jest.
Dziś miałam też przyjemność przejechać się nową linią metra w Warszawie. Nie ma to jak służbowy wypad do miasta:)

niedziela, 17 maja 2015

Życie radiowe

Dziś miałam przyjemność zwiedzać Polskie radio. Ponoć budynek, w którym znajduje się radio miał być więzieniem, ale przyszła odwilż i na szczęście nikogo w nim nie osadzono.
Wrażenia super!

piątek, 8 maja 2015

Szczęście

Właśnie znalazłam czterolistną kończynę. Zapowiada się szczęśliwy weekend - pierwszy prawdziwe  wolny w tym roku. Wreszcie się wyśpię i na spokojnie zajmę się domem. Garderoba błaga już o litość, a potrzeba na nią więcej czasu niż wieczór, gdy wracam z pracy. Do tego wygłaszczę koty i zjem coś pysznego.
Będzie świetnie!

środa, 29 kwietnia 2015

Zygmunt, św. Anna i smakołyki

Wreszcie miałam miłą niedzielę. Najpierw nauka, potem kilka chwil na Starówce i deser marzeń na przyjęciu urodzinowym: karmelizowane gruszki z sosem malinowym i lodami (było też chili con carne i sernik z ajerkoniakiem).
Warto utrwalić takie wspomnienia.

czwartek, 23 kwietnia 2015

A wiosna przyszła pieszo...

W Warszawie na Mokotowie kwitną magnolie. Chwila relaksu i robienie zdjęć przypłacone ucieczką pociągu.

środa, 25 marca 2015

Na Zawiastowanie...

"Na Zwiastowanie bocian na gnieździe stanie" mówi ludowe przysłowie. Kilkadziesiąt lat temu jeden z bocianów przyniósł nie tylko wiosnę, ale też mnie:)
Dziś są moje urodziny i choć okoliczności nie sprzyjają zabawie, staramy się umilać sobie każdą chwilę. Od rodziców dostałam tort. Kupiłam kwiaty.
Dziś też w okolicy przyleciał pierwszy bocian. Wiosna! Trzeba żyć!

poniedziałek, 16 lutego 2015

Czynny żal

Czasem tak jest, że człowiek sobie coś wbije do głowy nie wiadomo skąd i jest ślepy i głuchy na wszystko inne.
Tak mi się trafiło po nabyciu prawa użytkowania naszej działki w ROD. Nie wiem skąd mi się wzięło, że na zapłacenie podatku od czynności cywilno-prawnych (czyli nabycie nasadzeń i naniesień na działce) mam miesiąc. Na zapłacenie takiego podatku są tylko dwa tygodnie! Tak samo jak na przykład przy kupnie samochodu, ale sprawy samochodowe załatwia mąż i jakoś o tym nigdy nie rozmawialiśmy.
Ocknęłam się, gdy wypełniałam pit i wreszcie zaćma zeszła mi z oczu, ocknęłam się już po terminie. Ogarnęło mnie przerażenie: jestem przestępcą podatkowym! Teraz pewnie dowalą mi karę, zamkną w więzieniu i koniec, nie pocieszę się działką.
Zadzwoniłam do księgowej, która rozlicza nasze pity roczne i wyjaśniła mi, że jest coś takiego jak czynny żal, który składa się w urzędzie skarbowym.
Mąż strasznie się śmiał, gdy usłyszał, że piszę czynny żal. Myślał, że sobie z niego żartuję. Według Wikipedii czynny żal to "zachowanie sprawcy przestępstwa polegające na dobrowolnym zaniechaniu jego dokonywania lub zapobieżeniu zamierzonemu skutkowi przestępczemu już w trakcie realizowania przestępstwa, co według ustaw karnych w wielu wypadkach pozwala na złagodzenie mu kary lub wręcz na całkowite uniknięcie przez niego odpowiedzialności karnej."
Piszą krótko: czynny żal to przyznanie się do winy i prośba o nienakładanie lub zmniejszenie kary.
A oto mój czynny żal, może komuś się przyda:)

Zawiadomienie o popełnieniu wykroczenia skarbowego (czynny żal)
Na podstawie art. 16 § kodeksu karnego skarbowego zawiadamiam Naczelnika Urzędu Skarbowego w .... o popełnieniu przez nas wykroczenia skarbowego polegającego na niezłożeniu w wymaganym terminie deklaracji w sprawie podatku od czynności cywilnoprawnych za przeniesienie praw do działki w Rodzinnym Ogrodzie Działkowym i prawa własności do urządzeń, obiektów i nasadzeń.
Zwracamy się z uprzejmą prośbą o niewymierzanie kary. Przyczyną niezłożenia powyższej informacji nie było czyjekolwiek działanie umyślne lecz wyłącznie niedopatrzenie. Obowiązek ten dopełniamy wraz ze złożeniem niniejszego zawiadomienia.
Ponadto informujemy, że przy popełnieniu ww. czynu nie współdziałaliśmy z jakąkolwiek osobą trzecią.

W Urzędzie Skarbowym trafiliśmy na bardzo miłych urzędników, okazało się, że nie musimy płacić ani odsetek ani kary. Uff! Nie jestem już przestępcą podatkowym.
To nasze ostatnie zdjęcia z działki:

Święto Trzech Króli świętowaliśmy na działce. Było super!

czwartek, 5 lutego 2015

Symulator wschodu Słońca

Dziś na Mazowszu Słońce wstało o 7:12, a zajdzie o 16:26. Dzień trwa 9 godz. 14 min i jest krótszy od najdłuższego o 7 godz. i 32 min oraz dłuższy od najkrótszego o 1 godz. i 31 min.
Dni stają się dłuższe, ptaki już to wyczuły i intensywniej świergolą, jednak gdy wstaję wciąż jest ciemno. Poranne ciemności są dla mnie trudne to przetrwania, o ile wczesny wieczór mi nie przeszkadza, tak późny poranek owszem. Wstawanie w ciemnościach jest dla mnie dosłownie bolesne. Dzwoniący budzik wyrywa mnie ze snu - jeden ból, bo oczywiście jeszcze chętnie bym pospała, włączam lampkę i tu pojawia się drugi ból - oczu. Nagle wyrwane ze snu i ciemności, porażone sztucznym światłem oczy bolą. Po kilku takich porankach są opuchnięte i utrudniają pracę przy monitorze. Jak tu przetrwać do wiosny?
Rozwiązanie podsunęła mi mama. Była u mnie kilka dni w październiku i wstawała pół godziny przede mną. Gdy się budziłam docierało do mnie delikatne światło z łazienki lub z przedpokoju i okazało się, że oczy bolą mniej, bo już przez powieki trochę światła do nich dotarło. I tu przypomniała mi się moja koleżanka ze studiów Ola, która kilka lat temu w prezencie ślubnym dostała od znajomego z zagranicy
budzik z lampką. Wtedy traktowałam to jako bajerancki gadżet, a nie jak coś praktycznego i potrzebnego. Jak coś takiego jest na Zachodzie, to już powinno być i na Allegro:) Tego samego dnia, gdy to pomyślałam, wygooglowałam temat i znalazłam kilka budzików świetlnych. Ceny były różne, wybrałam jednak najtańszy, bo nie wiedziałam czy na mnie zadziała i nie chciałam wydawać kilkuset złotych na coś, co się nie sprawdzi. Wybrałam budzik świetlny BEURER WL 32 za 122,99.

Pod koniec października miałam już budzik w domu. To mała zgrabna kulka. Jak to działa? Zanim zadzwoni alarm lampka budzika stopniowo się rozjaśnia i budzimy się już w świetle - funkcja ta nazywa się symulacją wschodu słońca. Można ją ustawić na 15 lub 30 minut przed dzwonieniem. Mi wystarcza 15 minut. Poza tym można wybrać pomiędzy radiem i sygnałem budzika (nie umiem ustawić radia). Wady: lampka mogłaby być trochę większa i trochę mało funkcjonalne jest ustawianie zegara i budzika - dwa klawisze: do przodu i do tyłu. Przyzwyczajona jestem do innych rozwiązań, ale to jest w sumie drobiazg, bo budzik świetlny sprawdził się i jestem bardzo zadowolona z tego zakupu. Jeśli jeszcze kiedyś będę kupować taki budzik, to od razu kupię większy i droższy.
Dziś, 4 lutego, urodzili się Mikołaj Rej, Tadeusz Kościuszko oraz mój mąż:) Najlepszego Mój Drogi!