Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 stycznia 2016

Zapomniane wspomnienia



Rok temu w sylwestra wróciliśmy bardzo szczęśliwi z krótkiego urlopu. Wpis przygotowałam już od razu, zostało tylko zgranie zdjęć i… tak zostało do teraz. Rok temu 31 grudnia był ostatnim dniem radości, spokoju i nadziei. Gdy wróciliśmy dowiedzieliśmy się, że Mama źle się czuje. A potem był już tylko szpital i walka o każdy kolejny dzień.
Za nami kolejne Święta, a ja trzymam się jak tonący brzytwy wspomnień ze świąt poprzednich i czasu jaki był między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, bo rok 2015 to jakiś matrix, z którego nie było wyjścia, a kończy się jeszcze dziwniej niż się zaczął.
Dziś na początku kolejnego roku, choć jestem mimo wszystko pełna nadziei, staram się spokojnie i bez euforii wchodzić w 2016. I wspominam szczęśliwe chwile.
Rok temu między świętami a sylwestrem mieliśmy masę szczęśliwych chwil i pokłady planów i nadziei. Zrobiliśmy sobie też mini urlop i wyjechaliśmy na Litwę do parku wodnego w Druskiennikach.
Już sama miejscowość z drewnianymi budynkami, trochę przypominającymi mi styl otwocki, wyglądała pięknie, a pokryta śniegiem i rozświetlona świątecznymi świecidełkami wręcz bajecznie.





Zatrzymaliśmy się w hotelu Dalia, dość blisko parku wodnego. Hotel czysty, przyjemnie urządzony z pysznym śniadaniem w cenie. Do tego mieliśmy jedno wejście na saunę infrared i kąpiel w jakuzzi, które mieściły się w piwnicy budynku. Drobny minus był taki, że nie było tam restauracji, w której można było zjeść obiad lub kolację. A może jest, tylko w tym czasie nie działała?
Za to park wodny mnie zachwycił niesamowicie, choć z zewnątrz wygląda jak bunkier.
Szczególnie spodobała mi się część dostępna tylko dla dorosłych z saunami suchymi i mokrymi i bez krzyku oszalałej dzieciarni, co sprzyjało relaksowi. Olbrzymia powierzchnia z różnymi basenami gwarantuje, że każdy znajdzie coś dla siebie.
Bicze wodne, rwąca rzeka, zbiornik z dużymi falami, kilka różnych zjeżdżalni i „cebula”, na którą już więcej się nie wybiorę; jestem za stara, wychodzę z niej obolała, a jeszcze 15 lat temu mogłam bez przerwy turlać się po niej i nic mi nie było. Za to z wiekiem dojrzałam do dobrodziejstw, jakie dają przeróżne sauny.
W części dla dorosłych jest ich około 20! W każdej co jakiś czas jest program łaźniowy, np. maseczki z glinki, pilingi z soli ziołowej, wanty.
Jak to wygląda technicznie? Wchodzimy do budynku zostawiamy wierzchnie okrycie w bezpłatnej szatni. Kupujemy bilet wstępu godzinowy lub całodniowy i dostajemy na rękę opaskę z czujnikiem. Tą opaską otwieramy sobie bramkę do strefy basenowej. Piętro niżej pod kasami promieniście umieszczone są przebieralnie - wchodzimy jakby od środka okręgu do przebieralni, a wychodzimy już w kostiumie na zewnątrz do kolejnego okręgu z szafkami. Opaską otwieramy drzwiczki szafki (minus trzeba zapamiętać numer szafki). Zostawiamy torby i odzież i idziemy korytarzem pod prysznic i na basen. W części z szafkami jest sklepik - wypożyczalnia akcesoriów; można wypożyczyć lub kupić ręcznik, szlafrok (polecam wypożyczenie szlafroka, miło jest otulić się nim po saunie). Można kupić pieluszki do pływania, stroje kąpielowe, czepki, motylki i inne.
Bierzemy prysznic i hulaj dusza piekła nie ma!
Do części dla dorosłych przechodzimy przez bramkę otwieraną opaską - jeśli oczywiście wykupiliśmy wejście do tej strefy. W części ogólnej i w części dla dorosłych są bary, w którym można zjeść na słodko i na słono. Szybciej jest w barze w części ogólnej, do części dla dorosłych jedzenie trafia właśnie stąd i trzeba dłużej czekać, aż obsługa przyniesie. Za wszystko płaci się „opaską”. Na koniec przy wyjściu obsługa sczytuje z opaski, ile mamy dopłacić za zakupy zrobione na terenie obiektu. To też możemy sami sprawdzać, bo są punkty z czytnikami, na których wyświetla się co i ile kupiliśmy.
Można też w strefie Spa skorzystać z płatnego masażu. Oczywiście skusiliśmy się na ten luksus.
Co mnie zachwyciło najbardziej? Część dla dorosłych, sauny suche i mokre, oraz wielkie podgrzewane łoża z małych kafeleczków. Leżeliśmy na nich leniwie i sączyliśmy ziołową herbatę wspomagającą oczyszczanie organizmu z toksyn.
To drugi park wodny, w jakim byłam. Wcześniej odwiedzałam tylko Gołębiewskiego w Mikołajkach. Też fajnie, ale wolę Druskienniki, bo tam nie ma "rozkrzyczanych Ruskich". Może to nieładnie brzmi, ale zachowanie wielu naszych sąsiadów w Mikołajkach pozostawia sporo do życzenia, a na Litwie jakoś tak przyzwoiciej się zachowywali, nawet jak byli.
Minus tej wyprawy - nie było tam kantorów, choć w necie znalazłam informację, że można na miejscu wymienić walutę. Płatności można było dokonywać tylko litami lub kartą. Pech, bo miałam pobrane z karty złotówki i ani jednego lita. To było kilka dni przed wejściem Litwy do strefy euro, wiec teraz nie będzie już takiego problemu (i będą mniejsze koszty przewalutowania przy płatności kartą). Nie liczyłabym jednak na to, że na miejscu będzie jakiś kantor, a dlaczego to można sobie poczytać o mentalności Litwinów, np. tutaj.
A zjeść warto w restauracji House i w Dvaras.
Kochamy to danie, w Druskiennikach trochę w innej postaci niż w naszych rodzinnych domach


I tak oto zakończyły się stare dobre czasy, ale wspomnienia o Druskiennikach wciąż we mnie żyją.

środa, 29 kwietnia 2015

Zygmunt, św. Anna i smakołyki

Wreszcie miałam miłą niedzielę. Najpierw nauka, potem kilka chwil na Starówce i deser marzeń na przyjęciu urodzinowym: karmelizowane gruszki z sosem malinowym i lodami (było też chili con carne i sernik z ajerkoniakiem).
Warto utrwalić takie wspomnienia.

piątek, 24 kwietnia 2015

Berlin 2015

Tak się jakoś składa, że raz do roku jestem w Berlinie. I tak od 10 lat. Gdy tam jestem staram się zawitać do restauracji Maharaja na Gotzstrasse. To tutaj poznałam smak kuchni indyjskiej i do dziś jestem jej fanem. A ta restauracja jest chyba najpyszniejsza ze wszystkich "hindusów" (tak nazywamy restauracje indyjskie) jakie przez te 10 lat odwiedziłam.
Jednego roku, gdy byłam w tej restauracji, kupiłam nawet danie na wynos i wiozłam je mężowi do Polski. Nie muszę dodawać, jak bardzo się ucieszył.
Tym razem zamówiłam dwa dania pakorę i sojabaelschen (kulki sojowe) w sosie curry. Pakora wyśmienita, drugie danie też, choć same kulki mnie nie zachwyciły. Nie były złe, ale to nie mój gust. Za to indyjski ser, który też był w tym sosie, był wyśmienity.


A tu zdjęcia z poprzedniego roku - zabrałam tam mojego kolegę, któremu też smakowało.

W tym roku zatrzymałam się w hotelu Instrcity przy dworcu wschodnim. Całkiem przyjemny hotel, pokoje czyste dobrze wyposażone, śniadanie bogate - nawet osoby na diecie bezglutenowej znalazłyby coś dla siebie. Zaletą tego hotelu jest bilet komunikacji publicznej w cenie noclegu. Można jeździć po Berlinie i jeździć, a nawet na trasie do Poczdamu bilet jest ważny i można pojechać na spacer do parku Sanssouci.
Jednego tylko nie zrozumiałam - po co w łazience hotelowej minutnik? Może ktoś wie?

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Paternoster im Betrieb

Gdy byłam pod koniec stycznia w Berlinie zobaczyłam wreszcie cud techniki, którym straszyli mnie koledzy z pracy - windę Paternoster.
Winda Paternoster to dźwig okrężny składający się z otwartych kabin, które są cały czas w ruchu. Z prawej strony kabiny jadą do góry, z lewej do dołu bez zatrzymywania. Do takiej windy należy wskoczyć, gdy podjeżdża kabina i wyskoczyć, gdy dojeżdża się do właściwego piętra.
Podobno nazwa Paternoster (Ojcze Nasz) powstała bo ciąg kabin przypomina sznur modlitewny, ale ja uważam, że dlatego, iż trzeba odmawiać modlitwę, aby dobrze wsiąść i wysiąść.
W Polsce też są jeszcze takie relikty przeszłości, ponoć w Gliwicach i we Wrocławiu. Czy ktoś widział coś podobnego?

Zdjęcia wyszły mi słabo, bo winda była stale w ruchu, a komórka nie ma szybkiej migawki.

niedziela, 12 października 2014

Update z lata



Lato nie chce odejść, zsyła piękne słoneczne dni i dopieszcza ciepłymi promieniami, jakby chciało mi wynagrodzić to, że nie miałam urlopu i czasu, aby nacieszyć się tą porą roku.
Na początku lata zapowiadałam, że czeka mnie ciężki czas. Gdy to pisałam (tutaj) nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciężko. Choć od początku września już jest lżej, do tej pory dochodzę do siebie i nie mogę nabrać sił. Do tego jeszcze wrześniowa infekcja nie pomogła w odzyskiwaniu energii.

Dlaczego mój blog żył tylko dzięki postom przesyłanym z komórki? Dlatego, że w moim życiu zaszły duże zmiany – po 16 latach pożegnałam zawód, który wybrałam, i zmieniłam pracę. Nie zrobiłam tego z własnej i nieprzymuszonej woli. O nieciekawych szczegółach pisać nie chcę, dodam tylko, że na początku tego roku uświadomiłam sobie, że mnie już nie ma. Ja nie żyję i jeśli chcę żyć to muszę coś zrobić. Nie chcę, aby moje życie wyglądało jak ostatnie dwa lata. Moje modlitwy o zmianę zostały szybko wysłuchane. Nadpłynęła szalupa ratunkowa i wskoczyłam do niej. Wiele osób mogłoby mieć pretensje (i niektórzy mają) o mój wybór, ale jak przypływa szalupa ratunkowa, to się nie pyta czy jest miejsce na wyściełanym fotelu czy na twardej desce, tylko się wsiada i ratuje życie. Tak, ta zmiana była dla mnie dosłownie jak szalupa ratunkowa.

Przez trzy miesiące (czerwiec, lipiec i sierpień) kończyłam moją starą pracę i w nowej pracowałam na pół etatu. Urlop ze starej pracy spędziłam w nowej na czasie próbnym i przez to wszystko jestem zmęczona jak pies. Ale! Ale wracam do domu, wysiadam z kolejki i się uśmiecham! Widzę, że niebo jest niebieskie, a chmury białe, widzę kolorowe liście i jesienne promienie słońca. Wcześniej tego nie widziałam, nie było mnie, a teraz zachwycam się wszystkim i chłonę otaczający mnie świat i chcę nadrobić zmarnowane dwa lata.
Poza intensywną pracą latem było kilka miłych wydarzeń i przykrych niestety też. Część relacjonowałam już na blogu z prosto z komórki, a do innych chcę wrócić teraz. Zapraszam na chwile wspomnień.

Zupełnie niespodziewanie odwiedziła mnie moja przyjaciółka z rodziną. Krótka to była wizyta, ale jakże fajna! Wspólny spacer po czerwcowych łąkach, dziewczyn buszujące w trawach i ciotka jako dziki koń, gadanie do późna i stosy naleśników z domową nutellą. 

 






W połowie czerwca, tego samego dnia przyjechało pogotowie do naszej Babci i do taty mojego kolegi. Siedzieliśmy oboje jak na szpilkach i czekaliśmy na wieści z domu. Babcia trafiła do szpitala, tata kolegi został w domu. Po dwóch dniach odszedł otoczony bliskim.
Dlaczego warto co jakiś czas przypominać sobie podstawy udzielania pierwszej pomocy? Dlatego, że jeśli kiedykolwiek będziecie kogoś reanimować, będzie to najprawdopodobniej bliska osoba. To taka refleksja po tych dwóch zdarzeniach.
O polskiej służbie zdrowia rozpisywać się nie będę, krótko napisze o tym, że bez uprzedzenia, bez czasu na reakcję wypisano Babcię do domu. Nie zdążyliśmy nawet spytać, ile mogłaby zostać na oddziale i czy jest oddział paliatywny. Z dnia na dzień oddali pacjentkę leżącą, bez kontaktu, z sondą do karmienia. Kto wie jak opiekować się chorym leżącym? Jak zmienić przecierało, gdy pacjent ani ręką ani nogą nie rusza? Jak założyć pampersa dorosłemu i jak go umyć? Jak nakarmić, gdy sam nie przełyka? Na takie pytania trzeba było szybko znaleźć odpowiedź. Dzięki życzliwości wielu osób udało się zorganizować łóżko dla leżącego chorego i materac przeciwodleżynowy. Chwile grozy były, gdy w aptece skończyły się pielucho majtki, a w hurtowni nie było… 
Poniżej książka, którą pożyczyła mi moja rehabilitantka. Warto wiedzieć, że są takie publikacje, bo nie ma co liczyć, że ktoś w szpitalu nas przeszkoli zanim odda nam pacjenta.


"Zasady podnoszenia i przemieszczania pacjentów. Przewodnik dla pielęgniarek"
Redaktor naukowy wydania polskiego mgr Elżbieta Szwałkiewicz.

I gdy już wszystko zostało dobrze ogarnięte, a Mama i Ciocia weszły w rytm opieki nad Babcią – Babcia odeszła. Na szczęście stało się to w domu, wśród bliskich. Życzę każdemu, aby na starość miał taką opiekę jak Babcia miała w domu.

W lipcu wyrwaliśmy się z mężem na jeden weekend. Moja Mama była u nas - już operacji kolana, i została z kotami, które niestety źle zniosły rozłąkę z nami. Nitka znów zaczęła siusiać z tęsknoty.
A co robiliśmy w tym czasie? Byliśmy na zlocie motocykli Sokół i pojazdów zabytkowych w Czersku.





Zwiedziliśmy też tamtejszy zamek książąt mazowieckich. Wspaniałe miejsce, a widoki cudowne. Aż wierzyć się nie chce, że zamek ten stał kiedyś nad Wisłą.














Odwiedziliśmy też Otwock w poszukiwaniu stylu świdermajer, ale niestety niewiele dało się dojrzeć wiele wśród bujnej roślinności.


W połowie sierpnia podziwialiśmy motolotnie, które miały zlot na Mazurach. Jeden latał nad nami kilka razy i nam machał, fajne wrażenie. Ciekawe, jak jest tam w górze?

A pod koniec sierpnia miałam bardzo krótki urlop: dwa dni. Zrobiliśmy sobie wycieczkę do Kruszynian i Białegostoku (relacja z komci tutaj).
Zwiedziliśmy meczet i tamtejszy cmentarz.







W Jurcie tatarskiej zjedliśmy koźlinę (pysznie doprawioną), kołduny tatarskie - pierogi z mięsem wołowym lub wołowo-jagnięcym podawane z rosołem; pierekaczewnik - ciasto wielowarstwowe z mięsem, serem lub jabłkami, manty - gotowane na parze z białym serem.
Na wynos dla Mamy zabraliśmy przepyszne ciasteczka Czk-Czak - tatarskie ciasteczka oblane naturalnym miodem, makiem lub migdałami; oraz bułeczki drożdżowe z borówką. 

kołduny

Pierekaczewnik

koźlina

manty



W Białymstoku, przeszliśmy „naszym” szlakiem. „Naszym”, bo tutaj moi rodzice brali ślub, tutaj się urodziłam i tutaj spędziliśmy pierwsze lata wspólnego życia. W akademiku na Krakowskiej.

"Nasze okno nad daszkiem"

Przygnani wspomnieniami zaszliśmy do Pałacu Branickich - Wersalu północy. Dziś należy on do Akademii Medycznej, a kiedyś udzielano tu ślubów. Trafiliśmy na wspaniałego przewodnika, który pokazał nam nie tylko salę, w której moi rodzice przysięgali sobie miłość, ale także inne zakamarki pałacu: wspaniałą bibliotekę i czytelnię. Nasunęło mi się takie porównanie. Uniwersytet w Poczdamie też mieści się w pałacu, ale tamtejsza biblioteka może się schować w porównaniu z białostocką.










To tutaj padło "tak";)

Ktoś piękną widokową oś szpetnie zepsuł







Serwetka na murze


 W drodze powrotnej  przejeżdżaliśmy przez Prostki. Tutaj, na granicy prusko-rosyjskiej pracował mój prapradziadek.

 
I to moje migawki z lata 2014.

„Żegnaj, lato na rok, stoi jesień za mgłą,
czekamy wszyscy tu, pamiętaj nas i wracaj znów.” (Bogdan Olewicz)
Wierzę, że za rok będę w lepszej formie i z latem pójdę pod rękę:)