Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 października 2015

Fotowspomnienia i Fotobiografia

Spędzam kolejny dzień w łóżku:( A takie miałam piękne plany! Niestety życie zaskakuje i trzeba plany zmienić.
Ratuję się dobrą książką. "Nasierowska Fotobiografia" Zofii Turowskiej urzekła mnie swoim niesamowitym klimatem. Przedwojenna Warszawa i okolice, szare czasy PRL-u, które bohaterowie książki starali się mimo wszystko barwnie przeżyć, no i lata 90.  na Mazurach - jeziora, pola - pejzaże bardzo mi bliskie.
I fotografia - coś, co w sumie połączyło mnie i mojego męża i coś, z czego za szybko zrezygnowaliśmy (nigdy nie zabrał mnie do ciemni na wywoływanie zdjęć, choć obiecał, a teraz już ciemni nie ma).
Nasierowska kojarzy mi się przede wszystkim z pięknymi, nawet lekko erotycznymi fotografiami naszej szalonej ciotki Anity. Po jej śmierci zdjęcia trafiły do nas. Są piękne!





 

sobota, 20 października 2012

Ostatnie słowo o zieleni

Zapomniałam, że na prywatnym kompie czekają przygotowane zdjęcia z ostatniej wystawy Zieleń to życie.
Wystawa ta odbywa się pod koniec sierpnia w Warszawie i jest zachwycająca. Prawie co roku staram się tam być, nie zawsze wychodzi, ale w tym razem udało się. Zatem ze sporym opóźnieniem prezentuję, co widziałam na wystawie, co mnie urzekło i zachwyciło.
Największą atrakcją tegorocznych targów było dla mnie spotkanie z Johnem Brooksem i możliwość wysłuchania jego wykładu. Mam kilka jego książek, uczyłam się z nich i jestem jego małym fanem, dlatego bardzo się ucieszyłam, że będę mogła spotkać go na żywo.
John Brooks to światowej sławy projektant ogrodów, autor licznych publikacji, a po spotkaniu wiem już, że to także przemiły człowiek.
Po wykładzie podpisywał książki (na zdjęciu moje:)). Takich jak ja było sporo, a kolejka do autora była bardzo długa.
Poza tym:
szum traw...
i wodospadu;)

Do tego borówki, jagody, żurawiny, mniam! Pięknie i smacznie może być w ogrodzie:)
Pnącza. "Dzikie wino, dzikie pnącze..." aż chciałoby się zaśpiewać, choć nic dzikiego tu nie ma, wszystko ze starannych upraw najlepszych polskich producentów.
I jeszcze kilka luźny spojrzeń na rośliny i aranżacje stoisk:









Może za rok spotkamy się na Zieleń? Dziś proponuję spacer w złocie - mamy piękną Polską Złotą Jesień. Na Mazowszu oraz Warmii i Mazurach cudowna pogoda, a jakie niebo nad resztą kraju?

niedziela, 31 lipca 2011

Kolejna książka



Na pożegnanie ze starą firmą dostałam książkę o kotach. Pyszczek z okładki chwyta za serce, prawda?
Zaczęłam czytać jeszcze zimą, a później w natłoku różnych spraw odłożyłam książkę na półkę. Teraz do niej wróciłam i z wielką przyjemnością przeczytałam.
Autorka – Angelika Juritsch w zabawny sposób opisuje kocie zwyczaje. Bardzo miło się to czyta. Kilka ciekawostek poznałam, np. że kotu łatwiej zapamiętać swoje imię jeśli jest w nim litera i. Zazdroszczę autorce podróżowania z kotem (nawet samolotem). Ale nie podzielam beztroskiego wypuszczania kota na zewnątrz i to z bloku, w którym jest domofon! W naszym kraju raczej to nie do pomyślenia, że wszyscy sąsiedzi będą tacy mili i zadzwonią do naszego mieszkania jak tylko zobaczą kotkę czekającą pod drzwiami.
Poza tym kotka, którą opisywała jest nieprzeciętna. Z wieloma kotami miałam do czynienia, wiele z rad autorki mogłabym z powodzeniem na nich zastosować, ale nie na naszej aktualnej kocicy. Sz. jest wyjątkiem od wielu reguł o kotach.

Wiem już jaką następną książkę o kotach będę czytać. To „Kot doskonały” Ann Bruce. Koleżanka kociara ją czyta i twierdzi, że to lektura idealna dla mnie:)

Ps. Okładka książki pochodzi ze strony Wydawnictwa REA

środa, 20 lipca 2011

Kolejna książka


Przeczytałam opowiadania Janusza Leona Wiśniewskiego (autor „Samotności w sieci” – książki, która bardzo wpłynęła na moje życie i trochę w nim zmieniła). Choć po ostatnich jego książkach obiecywałam sobie, że dość, już więcej nie sięgnę po tego autora (mam podobnie z Coelho, choć jego „Alchemik” również był dla mnie ważny i pomógł podjąć ważną decyzję), to jednak się skusiłam. A wszystko przez Mamę. Kupiła sobie na drogę zbiór opowiadań tego autora, przyjechała do mnie i książkę zostawiła.
Przeczytałam, pobeczałam się kilka razy. Najsmutniejsza dla mnie historia jest niestety prawdziwa… słyszałam o tym zdarzeniu, autor tylko przeniósł ją na współcześniejszy podwarszawski grunt.
Jak zwykle u Wiśniewskiego dużo erotyki, opisanej całkiem ładnym językiem, dużo filozofii (w dwóch opowiadaniach było o Freudzie), w 4 opowiadaniach na 7 opublikowanych pojawił się motyw związku starszego mężczyzny z młodszą kobietą. Tym razem było bez dopaminy, ale była za to była hypnotyna:)
Świetne było opowiadanie o miłości do… samochodów, w którym każdy pojazd miał swoje kobiece imię (Tisi, Disi), a straszne, wręcz makabryczne był o młodej mężatce, u której wynik testu na HIV był pozytywny.
Był też zbiór odpowiedzi na pytania Leszka Kołakowskiego i z tych podpowiedzi pochodzi poniższy cytat:
„Znajdowanie szczęścia stało się ostatnio zajęciem kultowym. Ludzie szczęśliwi tylko z tego powodu, że budzą się rano, są zdrowi, mają bliskich wokół siebie i cieszą się smakiem truskawek z własnego ogródka, są powoli sprowadzani do grupy nieudaczników bez ambicji: „wysuszyli się i odarli z pełni możliwej”. Szczęście zostało ostatnio zdefiniowane inaczej. Dzisiejszemu człowiekowi wmawia się ze wszystkich stron, że nie wolno mu zatrzymywać się w poszukiwaniu szczęścia. Czy jeśli każdego dnia, każdego miesiąca i każdego roku nie wydarzy się coś „większego” lub „ważniejszego”, to znaczy, że utraciliśmy szczęście? Mam wrażenie, że taki perwersyjnie nieprawdziwy model, narzucany przez media, powoli wkrada się do naszego życia. To samo szczęście następnego dnia staje się tak nikomu nie potrzebne jak wczorajsza gazeta”.

Cytat wpisuje się świetnie w opisywane przeze mnie ostatnio temat. Gretchen Rubin też poszukiwała szczęścia, ale jej szczęście było właśnie takie „truskawkowe, bez ambicji”. Niech mówią sobie co chcą, że to bez ambicji, ale chciałabym przez resztę swojego życia być szczęśliwą z tego powodu, że budzę się rano… nie dzieją się u mnie rzeczy „większe”, ani „ważniejsze”, za to są truskawki, maliny, ogórki i cukinia z własnego ogródka:) Zatem idę je coś z tego zjeść, życzcie mi smacznego

poniedziałek, 18 lipca 2011

„Projekt szczęście” – skończyłam, podziękowania i refleksje

W minionym tygodniu skończyłam czytać tę książkę. Wiem, że to już czwarty wpis, który jest o tej książce, ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie i jest tego warta. Czyta się lekko, przyjemnie. Przyjazny styl porusza miłe struny ducha, wzrusza, daje radość i energię do wielu działań, a tym samym do poszukiwania własnego szczęścia.
Jeszcze zanim skończyłam czytać postanowiłam zacząć swój własny projekt szczęście. Pod koniec książki okazało się, że autorka zachęca właśnie do czegoś takiego, podsuwa dodatkowe pomysły, wskazówki. Zaprasza na swą stronę internetową (http://happinessprojecttoolbox.com/), gdzie można prowadzić swój projekt (publiczny lub nie) i zapisywać swoje postanowienia oraz efekty. Można zgłosić się do niej po zestaw startowy, gdy chce się założyć grupę dla osób rozpoczynających projekt lub sprawdzić, czy gdzieś w okolicy taka grupa istnieje (ale to pewnie tylko w USA).
A teraz kilka słów o polskiej wersji, jako że dotarłam do ostatniej strony, której zwykle nikt nie czyta, a podaje istotne informacje.
Książkę wydało Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Papier, którym zachwycałam się już od samego początku to Ecco-Book Cream 70 g/m2 wol. 2,0.

Gdy czytam książki, gazety to lubię łapać błędy (tak się czasem bawimy z bratem, najbardziej lubimy błędy rzeczowe). Nie trafia się często, abym nic nie wypatrzyła. To normalne, że błędy się zdarzają, nawet najlepszym, jednak zbyt duże ich nagromadzenie zakłóca odbiór lektury. I tu chylę czoło przed zespołem, który pracował nad polską edycją. Nic nie znalazłam, wszystkie zdania były logiczne i spójne, nie trafiłam na literówkę (ukłony dla pań korektorek). Do tego książka graficznie i edytorsko dobrze zrobiona. Odstępy miedzy wierszami miłe, niemęcząca oczu czcionka. Spójność i jednolitość każdego rozdziału. Myślicie, że to takie proste? Kto choć raz miał do czynienia z redakcją, korektą lub składem graficznym – to wie, że nie.
Zwykle to sztab ludzi pracuje nad tym, wkłada w to dużo pracy, a jakoś tak dziwnie ich się pomija, albo umieszcza na końcu książki. Dlatego pozwolę sobie przywołać ich nazwiska.
Redaktor prowadzący: Katarzyna Piętka
Opieka merytoryczna: Magdalena Korobkiewicz
Redakcja: Katarzyna Nowak
Korekta: Magdalena Szroeder, Malwina Łozińska, Krystyna Wysocka
Opracowanie DTP, redakcja techniczna: Joanna Piotrowska

Dziękuję za doskonałą pracę nad książką i przyjemność, jaką miałam podczas czytania polskiej edycji

Dziękuję też tłumaczce (tłumacz jest podawany na początku) Monice Walendowskiej oraz samej autorce Gretchen Rubin.

I jeszcze kilka refleksji…
W komentarzach do poprzedniego postu o tej książce dwie osoby napisały (dziękuję, że zechciałyście podzielić się swymi przemyśleniami), że szczęścia nie można się nauczyć. Samego szczęścia nie, ale można zadbać aby nasz odbiór otaczającego świata był pozytywny. Można mieć super pracę, która pozwala związać koniec z końcem bez trudu, można mieć dom, zdrowe dzieci i nie cieszyć się niczym. Rubin pokazuje na własnym przykładzie jak można inaczej spojrzeć na świat. Można nie mieć zdrowia, pieniędzy na wiele potrzebnych do życia rzeczy, pracy, czy rodziny, można mieć masę różnych kłopotów, ale można nauczyć się innego myślenia i karmić swój umysł właśnie dobrymi myślami.
Kiedyś, gdy padałam zmęczona do łóżka myślałam tylko o tym, ile mam do zrobienia i czego nie udało mi się jeszcze zrobić, a co jest konieczne. Czy po takich myślach śpi się przyjemniej? Nie, a jeśli dłuższy czas tak się myśli, to tylko można się sfrustrować i dojść do wniosku, że jest się nieudacznikiem. Takie myśli raczej nie sprawią, że poczujemy się szczęśliwi. Ale jak spróbujemy skupić uwagę na tych choćby niewielkich sukcesach i sytuacjach, z których jesteśmy zadowoleni, to da nam to więcej siły do dalszego działania i sprawi, że radośniej spojrzymy na świat. A tu już ciut, ciut do szczęścia:)
A czym można się tak ucieszyć? A na przykład tym, że radio w aucie wreszcie działa i w drodze można posłuchać miłej muzyki:), albo tym, że leczo wyszło smakowite, albo telefonem od miłej osoby, serdecznymi ludźmi spotkanymi w kolejce po chleb. Wszystkim, poszukajcie same i powiedzcie sobie przed snem, choćby 5 takich rzeczy każdego dnia.

środa, 13 lipca 2011

Projekt szczęście – inspiracje


Aby być zadowolonym, potrzeba energii, wielkoduszności i dyscypliny,
a mimo to wszyscy sądzą, że szczęśliwy człowiek taki się po prostu rodzi
.”
[str. 294]

„…niektórzy są nieszczęśliwi, ponieważ nie chcą narzucać sobie trudności związanych ze szczęściem. Szczęście wymaga energii i dyscypliny.”
[296]

Nadal trwam przy lekturze książki Gretchen Rubin „Projekt szczęście”. Czytam powoli, nasycam się słowami, uwagami, podkreślam ważne dla mnie fragmenty, przetrawiam i zastanawiam się, czy ja mogłabym taki projekt przeprowadzić? A jeśli tak to jak? I nad czym dokładnie miałabym pracować?
Gretchen pracowała nad projektem rok, każdy miesiąc poświęciła innym aspektom swego życia. A ja wiem już z doświadczenia, że całoroczne postanowienia są nie dla mnie.
Zrobiłam sobie postanowienia na 2011 rok. Wiem, czego chcę, wiem jakie mam słabe punkty, które psują moje dobre samopoczucie, ale poprawa ich… no na dłuższą metę nie wychodzi. Zainspirowała mnie jednak autorka do rozpoczęcia własnego projektu ale krótkometrażowego.
Przez 4–6 tygodni jestem w stanie wytrwać w postanowieniach, np. przestrzegania diety mniej lub bardziej restrykcyjnej. Muszę mieć wyznaczony określony czas i cel, wtedy jest mi dużo łatwiej wytrwać.
Nie tylko książka zmobilizowała mnie do pracy nad sobą. Wpłynęła na to też deszczowa pogoda, która mnie dobija, oraz brak Ziutka w domu. Niby mam więcej czasu, a jakoś nic z tego nie wynika, snuję się to tu, to tam i tylko złoszczę, że przecież mogłam inaczej. Zatem stop deszczowemu rozmemłaniu, bierzemy cztery litery w górę i rozpoczynamy orkę na ugorze:) Energia i dyscyplina:)

Mój projekt 6 tygodni
Wypisałam w punktach ważne dla mnie sprawy (oczywiście jest ich więcej, ale nie można się tak obciążyć na raz, bo się można zniechęcić) i postanowiłam, że codziennie będę starać się te punkty realizować. Do tego mam dwa tygodniowe zadania: przeczytam przynajmniej 1 książkę w tygodniu (z czytaniem to u mnie ostatnio marnie, aż mi wstyd) oraz w jeden dzień w tygodniu przeprowadzę leczniczy post (brr!).

Podobnie jak Gretchen Rubin miesiąc, tak ja każdy tydzień poświęcę innemu zagadnieniu – wyzwaniu. Najtrudniejsze będzie chyba pierwsze i drugie:

1 tydzień wczesne chodzenie spać (czyli przed 23 się położę) – ni jak nie wychodzi, macie na to sposób? Gdy tylko postanowię wczesne chodzenie spać, kładę się o… 1, 2 w nocy. Nie wiem dlaczego?
2 tydzień wczesne wstawanie (czyli o 6 rano, więc nie tak źle porównując to tego jak wstawałam kiedyśJ))
3 tydzień poświęcę kontaktom rodzinnym (spotkania, maile, listy, smsy, telefony)
4 tydzień poświęcę przyjaciołom (spotkania, maile, listy, smsy, telefony)
5 tydzień zajmę się tylko domem
6 tydzień... jeszcze nie wiem co. Może uzupełnię to, co nie wyszło mi w poprzednich tygodniach?

G. Rubin opisywała tabelki, jakich w pracy nad sobą używał Benjamin Franklin, a także i ona podczas projektu szczęście.
Zrobiłam sobie odpowiednie tabelki, by raportować moje dokonania. Projekt rozpoczęłam w czwartek 7 lipca w urodziny miesiąca.
Tydzień I
Wcześnie idę spać
Czw
(7.07)
Pt
8.07
Sob
9.07
Ndz
10.07
Pon
11.07
Wt
12.07
Śr
13.07
dbam o rozwaloną nogę
+

+
+
 +
+

Ćwiczę


+
+
+
 +

Powtarzam angielski
+
+
+
+
+
 +

Robótkuję

+
+
+
 –

przestrzegam diety
(wyjątek weekendy)
+
+/-
+
 +

Wcześnie idę spać

książka

post




+



Trzymajcie kciuki, abym wytrwała

środa, 8 czerwca 2011

Mój projekt szczęście:)))

"Badania pokazują, że każde wspólne zainteresowanie zwiększa szansę na trwałą relację i podnosi o dwa procent poziom satysfakcji" 
- Gretchen Rubin "Projekt szczęście"
Pewnie jest to jedną z przyczyny mego uwielbienia dla Wiewiórki, z którą w tym roku wspólnie zaczęłyśmy tworzyć. Ale nie tylko to, bo Wiewiórka jest wspaniałą, wrażliwą i ciepłą osobą, choć jak zobaczyłam ją pierwszy raz w życiu, gdy miała na sobie glany i szaloną fryzurę, to nie powiedziałabym tego, o nie;)))
Na szczęście poznałam ją lepiej i wszyło szydło z worka, czyli fantastyczna kobieta, super mama, niezwykle zaradna pani domu, i och i ach, dużo mogłabym pisać o niej:) 
Znam się już z 9, a może 10 lat. Świetnie mi się z nią pracuje fizycznie (wspólne praktyki), umysłowo (wspólne projekty, wspólna nauka), fantastycznie mi się z nią tworzy i zwyczajnie dobrze mi w jej towarzystwie. Jestem więc częstym gościem w Wiewiórczym Azylu.
A oto co powstało podczas ostatniego pobytu u Wiewiórki



 
Zrobiłam dwa filcowe kwiaty, a Wiewióra torbę, na której kwitną maki i ostróżki.
Pod czujnym okiem Wiewióry pierwszy raz spróbowałam swoich sił w fimo. I oto co powstało.
Śliczne, prawda?
Przywilej początkującego:))) Są tak niesamowicie radosne, tak mnie cieszą, że póki co trzymam je w miseczce na szafce nocnej. Bawię się nimi przed snem, a rano od razu po obudzeniu mogę sobie na nie patrzeć. Sprawiają mi niesamowitą frajdę:) Mniej więcej już wiem, co z nich zrobię:)

wtorek, 7 czerwca 2011

"Projekt Szczęście"

"Projekt szczęście" Gretchen Rubin

Tę książkę dostałam od rodziców z okazji imienin. Już wcześniej zwróciłam na nią uwagę, bo jej reklama była na plakatach w metrze. Coś mi podpowiadało, że może być ciekawa, choć nie jestem przekonana do tego typu lektur, w których tylko teoria i truizmy, a praktyka i życie toczy się i tak po swojemu. Jednak ta okładka przykuwała moją uwagę, może przez zielony kolor, który uwielbiam, a który dominuje w grafice?
Nie wiem, ale ucieszyłam się, gdy rozpakowałam prezent. Zaczęłam czytać i... wpadłam. W tej chwili książka ta jest na pierwszym miejscu w moim rankingu "Najlepsza książka 2011". I to z kilku powodów.
Może najpierw techniczna strona.
Książka dostarcza miłych wrażeń wizualnych i dotykowych w czasie kontaktu z nią. Okładka ma satynową powierzchnię z tytułem świecącym i śliskim, już dotknięcie okładki jest bardzo przyjemne. Druga sprawa to papier, na którym została wydana. Jest niebielony, w kremowym odcieniu kojącym oczy. Jest trochę toporny, tzn. kartki są przycięte nie na brzytwę, na gładko, ale czuć ich fakturę. Do tego ten papier niesamowicie chrzęści! W książce jest też zielona kapitałka.
Wszystkie te cechy sprawiają, że nie prędko przejdę na e-booki:)))

A teraz meritum
Książka jest napisana miłym i prostym językiem, czyta się to jak list od przyjaciółki. Nie ma w sobie nic z naukowego zadęcia. Autorka wyznaczyła sobie projekt, który realizuje po analizie, co potrzebne jest jej by poczuła się bardziej szczęśliwa. Wyznacza sobie co miesiąc nowe ćwiczenia i opisuje, swoje postępy w ich realizacji oraz swe emocje i przemyślenia.
Dużo nie będę zdradzać, bo nie chcę zabierać przyjemności z odkrywania tego, co ma w osobie ta książka. Napiszę o sobie. Już po pierwszych stronach poprawił mi się humor, dostałam przypływu energii i zmobilizowałam się do zrobienia czynności, do których podchodziłam jak pies do jeża. A dodam, że nie jestem jeszcze w połowie książki! Dawkuję ją sobie rozsądnie, czytam aktywnie z ołówkiem w ręku.
Znalazłam w niej poznaną na jednym z blogów zasadę 10 minut (przed snem przez 10 minut obchodzimy dom, mieszkanie i porozrzucane rzeczy ustawiamy na miejsce). Tylko 10 minut i aż 10 minut, efekt piorunujący
Jest też druga zasada: 1 minuty. Nie odkładam na później czynności, która może zająć mi minutę. Niby proste i banalne, prawda? Ale jak działa!
A co jest napisane na temat tworzenia i jakie są tego efekty zamieszczę w następnym poście:)

sobota, 2 kwietnia 2011

„Kwietniowa czarownica”… z czarnym kotem

Zaczął się kwiecień, czas porządków, czas czarownic… Według skandynawskich wierzeń ludowych wiosenne czarownice potrafią wcielać się w inne istoty i działać za ich pośrednictwem. Taką moc ma dotknięta porażeniem mózgowym Desirée z książki Majgull Axelsson „Kwietniowa czarownica”. Książka piękna, ale też bardzo trudna. Przeczytałam ją już dawno temu, ale wciąż mi się przypomina. Pamiętam też kilka cytatów z niej, a przypominają mi się, gdy tylko biorę się za sprzątanie:
„…przesadne dbanie o porządek jest oznaką proletariackiego prostactwa. Tylko ten, który ma coś do ukrycia, zbytnio dba o czystość…”
Ostatnio w EMPIK-u znalazłam magnes o podobnej treści – „Czysty dom to oznaka zmarnowanego życia”.
Choć powyższe zdania bardzo podnoszą mnie na duchu, szczególnie gdy jestem w rozjazdach i mieszkanie pozostawia wiele do życzenia, to czasem trzeba sprzątnąć, ba! Czasem trzeba zajrzeć do najgłębszych czeluści mieszkania. Zabrałam się więc za sprzątanie mojego lamusa.
Oto co z niego wyciągnęłam, nie, nie są to perły:)! To jedne z moich pierwszych spodni

Burda Special 1/2000 model 1
Uszyte są z wełny, którą przezornie, jak wszystkie materiały przed szyciem, zdekatyzowałam:) O tak! Można wełnę dekatyzować, a jakże! Zrobił mi się wspaniały, gęsty i ciepły koc:). Spodnie wyszły super ciepłe. Teraz już wiem, że wełnianą odzież lepiej oddać do pralni chemicznej…
Jeszcze jedna wpadka jest w tych spodniach: zrobiłam podszewkę (bo wełna trochę gryzie), robiłam pierwszy raz i wyszło mi trochę na lewo, trochę na prawo…
 
A teraz szyję bluzkę z żabotem. Nie do końca rozumiem opis z Burdy, to mój pierwszy żabot, nic o żabotach w necie nie znalazłam. Mam nadzieję, że dam radę i nie będzie niespodzianek jak z podszewką spodni.
Moja dziewczynka dzielnie mi pomagała i uczyła się jak należy fastrygować;)
 Kicia jest w fartuszku od weterynarza (aby nie było, że przebieram kota!), bo była sterylizowana. Teraz już nie będzie cierpieć marcowo.

wtorek, 26 października 2010

Monochromatycznie


Szara ballada

Nie czerń lecz szarość wszędzie
ta nić szara się przędzie
ona za mną przede mną i przy mnie

ona rankiem w mej głowie
w dłoniach i w pierwszym słowie
niczym gołąb pocztowy powraca

szarą nicią przeszyty
i do świata przyszyty
tak jak guzik do szarego płaszcza

z szarej włóczki me myśli
zgrzebne dni i tygodnie
z szarej włóczki jesienie i lata

nawet wiersz cały z tęczy
nagły list radość szczęście
co jak wzór na kilimie się złocą

już za moment szarzeją
są jak fatamorgana
w zeschły liść się zmieniają i popiół

z szarych nici ten kłębek
który w szarą godzinę
sennie zwijam pod głowę podkładam

ludzie chorzy na szarość
mój los chory na szarość
mój dom moje miasto planeta

Boże cały ze złota
przędący w kołowrotku
czemu z siebie wysnuwasz nić szarą

Ojcze nasz wielobarwny
w akselbantach w brokatach
który błyszczysz i mienisz się cały

jeśli trochę nas lubisz
nachyl się nad wrzecionem
dorzuć włosów anielskich do włóczki

bo w nas szarość w oddechach
szarość w snach i uśmiechach
szarość we łzach modlitwie i hymnie

sł. J. Baran, muz. K. Myszkowski
Stare Dobre Małżeństwo - Makatki


I znów będzie na szaro. Oto czym skończyło się ostatnie buszowanie po sklepach z Mamą. I dziwne jest to, że nie kręcą mnie kolory, nie robi na mnie wrażenia głęboki niebieski, ani soczysta zieleń, ani ognista czerwień, ani nawet róż z fioletem! Jedno nie zmieniło się – w dalszym ciągu wkurza mnie pomarańczowy (tak mam z tym kolorem już od prawie 6 lat). Chyba wyblakłam ostatnio…
Spodenki leżą i kwiczą, bo nie zdążę już uszyć ich na czas (czyli do jutra), ale już wiem, o co chodzi w tym opisie. Rozjaśniło się dzięki pani Joli (baaardzo dziękuję), która przetłumaczyła mi wyrażenia po rosyjsku i wszystko stało się od razu jasne!
Poza tym odnalazłam moje czółenka do frywolitek i zakupiłam nitkę i zamierzam zrobić coś, ale o tym na razie sza!
Po długich tygodniach nieczytania wróciłam do książek i, o dziwo! wciągnęłam się w „Zmierzch” (Twilight – Stephenie Meyer). Wcześniej już zaczęłam czytać tę powieść dla nastolatków i jakoś mi nie podpasowała, a teraz drgnęło i to mocno. To, że piszę tygodnie nieczytania nie oznacza, że mam – jak mawia M. Musierowicz – ołowiane oko. Owszem czytam codziennie i to nawet sporo, ale służbowo. A prywatnie to mam takie skoki – przez kilka miesięcy pożeram stosy książek, a potem jest przerwa (przeważnie wtedy więcej szyję;)).

I chyba już, bo nie wiem, czy jutro będę mieć czas, powinnam się pożegnać. Nie na zawsze oczywiście! Tylko na tydzień. Dostałam urlop, wyjeżdżam  i nie będę mieć tam dostępu do sieci (może i lepiej, bo odpocznę). Przez prawie tydzień zamierzam robić NIC (czyli leżeć, spać, czytać, łasuchować i robić frywolitki). Mam nadzieję, że te moje NIC zaprezentuje w przyszłym tygodniu. Do zobaczenia!