Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziutek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ziutek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2014

Wyzwanie blogowe (wb 5): Ulubione jesienią

Dziś ostatni  dzień wyzwania blogowego Uli i zadanie fotograficzne. Co lubię jesienią? Oczywiście przebarwiwające się liście i złote promienie słońca w koronach drzew.
Tegoroczna jesień jest dla mnie z wielu powodów wyjątkowa, dużo się dzieje, dużo nowości w życiu prywatnym (stopniowo będę chwalić się nimi na blogu) i nowości w życiu zawodowym (w nowej pracy prawie codziennie uczę się czegoś nowego).
Ta jesień daje mi dużo radości. W tej radości uczestniczy też mój mąż i dziś pokażę kilka fotek, które zrobił na naszym ostatnim niedzielnym spacerze.




A tu dwa moje z tego miesiąca. Już były na blogu, ale  powtarzam, bo je lubię i były robione, gdy miałam bardzo dobry humor.
Chciałabym, aby tak, jak jest teraz, tej jesieni, było zawsze, a przynajmniej nich zostanie najdłużej jak się da.


sobota, 30 listopada 2013

Pożegnanie listopada



Kończy się, w wielu miejscach dość hucznie, jeden z fajniejszych dla mnie miesięcy. Tak, lubię listopad, ale ja zawsze byłam odszczepieńcem:)
Wiele osób skarży się na różne dolegliwości związane z listopadową aurą, a mnie udało się ten miesiąc oswoić. Pierwsze, to listopad jest dla mnie niecierpliwym oczekiwaniem na pierwszy śnieg. Jest zapowiedzią zbliżającego się sezonu narciarskiego (mam na myśli narciarstwo biegowe, Justyna już biega:)). Drugie to przyzwyczaiłam się do zwiedzania i wycieczek poza sezonem. Może jest mniej słońca, ale ludzi także mniej. Rok temu zwiedziliśmy Golub Dobrzyń, a tym roku… ale to za chwilę.
Trzecia sprawa to na ten trudny ciemny czas staram się zorganizować sobie różne przyjemne atrakcje, np. malowanie paznokci. Ależ to sprawia frajdę.
A w ramach tegorocznych listopadowych atrakcji i zwiedzania prezentuję pełną relację z miejsc i wydarzeń, w których braliśmy udział.
Na świeżo przesyłałam fotki z komórki, a teraz ciut lepsze ujęcia.
Pierwszy listopadowy długi weekend spędziliśmy z rodziną bliższą i dalsza, co zwykle jest bardzo miłe. Na drugi długi weekend (ale w tym roku fanie się złożyło) pojechaliśmy na Kujawy na gęsinę.
Zapisaliśmy się na Frytel kulinarny - Gęsi Pipek - w restauracji Ostromecka w Ostromecku, gdzie był „stół gęsich i lokalnych smaków”


A cóż tam jedliśmy? Barszcz biały na gęsinie (pycha!), gęsie smarowidło; wędliny z gęsiny: okrasa, pasztet, kiełbasa polska, półgęsek wędzony na gorąco; zylc, powidła strzeleckie, żurawina borowiacka, chleb wiejski i masło z Mozgowiny; maślanka (którą zamiast mleka dolałam do kawy, fuj!).
Na koniec zakupiliśmy półgęski, pasztet gęsi i gęsi pipek, czyli szyjkę gęsią faszerowaną podrobami, oraz nalewkę wiśniową, którą rozgrzewamy się w chłodne wieczory.
Podczas próbowania tych wszystkich smakowitości uświadomiłam sobie, że zapach zupy na gęsinie to zapach mojego dzieciństwa... zaskakujące odkrycie...


A jak już byliśmy w Ostromecku, to grzechem byłoby niezajechanie do Chełmna – miasta zakochanych. Latem, gdy byłam w podróży służbowej przejeżdżałam przez to miasto i zabłądziłam w nim, ale błądząc oniemiałam z zachwytu i marzyłam, aby wrócić tu z mężem (jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to miasto zakochanych). Okazja nadarzyła się szybciej niż myślałam. Miasto jest przepiękne, zbudowane na palnie szachownicy i do tej pory zachował się jego pierwotny układ. Pełno starych kamieniczek, takich już uratowanych i tych czekających na swą kolej.


W przepięknej katedrze znajdują się relikwie św. Walentego, stąd miasto zakochanych.












Pochodziliśmy po mieście, odwiedziliśmy lokalne muzeum i napiliśmy się kawy w kawiarni, do której wchodzi się przez… kwiaciarnię. Wspaniałe połączenie, prawda?



To jeszcze nie był koniec atrakcji, wieczorem zaplanowany był spacer po toruńskiej starówce. A skoro obiad był po polsku, to kolacja była po meksykańsku, to tak dla odmiany.


Kolejny dzień spędziliśmy w Ośrodku Doradztwa Rolniczego w Przysieku na festiwalu gęsiny. Pokazy kulinarne miał Karol Okrasa. Na żywo jest jeszcze fajniejszy niż w TV. Niestety mężowi z wrażenia ręka zadrżała i taką rozmazaną mam pamiątkę:(
A o tym, co powstało w listopadzie napiszę już w grudniu:)

sobota, 26 października 2013

Ambassada

Wybraliśmy się na nowy film Machulskiego Ambassada. Poza tym, że ma coś się dziać w ambasadzie niemieckiej i że komedia, to nie wiedzieliśmy o tym filmie nic. I dobrze, dzięki temu byliśmy zaskoczeni.
Już po obejrzeniu filmu przeczytałam wiele negatywnych opinii o nim.
Nie jestem znawcą kina, nie fascynują mnie bardzo ambitne filmy i trudne tematy (takie mam na co dzień).
Zatem jako zupełnie zwykły człowiek, prosty jak dębowe krzesło powiem, że film mnie urzekł i bardzo mi się podobał.
Urocza była pierwsza scena, gdzie Mela spławia natrętnego podrywacza, jak również ta ostatnia. I wiele innych także.
Bardzo żałuję, że w prawdziwym życiu nie można zrealizować tych pomysłów.
ze strony http://www.filmweb.pl

sobota, 11 maja 2013

Update pokwietniowy




Jak nazwa bloga wskazuje (mój wolny czas), gdy nie mam wolnego czasu, nie ma mnie na blogu. Ostatnio jest takie szaleństwo, że nawet wspomnień z kwietnia nie miałam kiedy zamieścić. Spóźnione zamieszczam teraz.
Były święta pyszne, w czasie których dogodziłam sobie kulinarnie – nie wszystko załapało się na fotki.
Tradycyjnie obchodzimy święta podwójnie: zaczynamy śniadaniem z Ziutkową rodziną, a potem jedziemy do mojej. Tu stół u Ziutka



Nitka stoi na straży;)


Pierwszy raz gotowaliśmy biały barszcz i pierwszy raz gotowaliśmy dla 8 osób! Ciężko dosmakować w wielkim garze, gdy gotuje się tylko dla 2 osób. Ale udało się, zupka zjedzona do dna:)
A tu u moich rodziców:


Zaszalałam z ciastami i upiekłam (z pomocą Ziutka, jako kuchcika):
Wielkanocny standard: drożdżowe baby wielkanocne (3 różnej wielkości), 
sernik wiedeński
Poza tym: przekładaniec orzechowy (mniam! Nie tylko dla mnie mniam), mazurek pazurek, mazurek figowy, mazurek bakaliowy.


Mama dorzuciła: mazurek z kaszy manny (2 wersje: z bakaliami i bez), mazurek deserowo-mleczny

Dziadek: keks i mazurek makowy
Sąsiadka: karpatkę i piernik.
Ile wyszło? 12! Takie święta lubię!


Poza tym były własnej produkcji mięska, galaretki i sałatki.


A za oknem cicho padał sobie świeży kwietniowy śnieg.


Pierwsze pół roku obfituje w mojej rodzinie w urodziny i jubileusze. W tym roku w roli prezentów występują czekoladki wszelkiej maści. Babcia i Dziadek z okazji swych 80. urodzin otrzymali czekoladowe telegramy.
Na zdjęciu czekotelegram Dziadka – Babciny nie załapał się na zdjęcia (zaszybko zniknął).

W moje ręce trafił zestaw czekoladek Karmello (pycha!)


Ale nie wyczystko w kwietniu było takie słodkie – powalił nas rotawirus. Oj nie było wesoło! Mnie dodatkowo rozłożyło infekcja górnych dróg oddechowych i wylądowałam na L4. Moje chorowanie wyglądało jednak tak, że swoja pracę i tak zrobić musiałam i leżałam z lapem od godziny 9 do 22. Do dziś jestem wściekła na siebie, że takim frajerem jestem i daję się wykorzystywać.
Gdy tak sobie leżałam przy pracy, na balkon zawitał miły gość: dzięcioł. Zza firanki próbowałam go sfotografować, ale spostrzegł mnie i uciekł. Moja kotka Nitka bardzo za nim płakała.


Wzięliśmy udział w Dniu Ziemi i odwieźliśmy do stolicy nasze elektrośmieci – dwa komputery, monitor, klawiaturę, myszki, komórki i ładowarki. Dostaliśmy za to 4 roślinki – kosodrzewinę, bukszpan, tuję i bratka. Wszystkie pięknie rosną. A po spełnionym dobrym uczynku względem Ziemi pojedliśmy i popiliśmy wraz z przyjaciółmi w restauracji indyjskiej Ganesh. I kolejny raz dogodziłam sobie kulinarnie w kwietniu, kocham bowiem takie smaki.

Mango lassi i Rubani drink (rozgrzewający napój z imbirem, miodem i trawą cytrynową)


Kukad Samosa (smażone pierożki z kurczakiem) i Besani Roti Missi (placek z mąki z cieciorki)

I oczywiście dla Ziutka "Kawa się nadawa" z jabłuszkiem:)

A w domu gościła zupa z ciecierzycy ze szpinakiem (przepis tutaj)


Następny update pewnie w czerwcu:)