I jak tu wyjść z nim na spacer, gdy nie może futra moczyć? A nie może, bo został zakropiony przeciw kleszczom i dwa dni musi być suchy. Pierwszego dnia - pogoda jak drut, a drugiego... sami wiecie jak teraz jest.
Potrzeba matką wynalazku, a my zostałyśmy jego ojcem, my - czyli Mama i ja:)
Ze starej kurtki Mama odpruła rękawy, a ja je zszyłam ze sobą i doszyłam gumki do wiązania. Nie jest idealnie, trochę chyba za długie to wdzianko i psu niezbyt wygodne, ale na jeden dzień wystarczy. W przyszłości trzeba będzie poprawić, skrócić i dać jeszcze jedną warstwę materiału, bo przy intensywnym deszczu przechodzi wilgoć.
Ten post był gotowy już od kilku dni, tylko bloger nie chciał psa wstawić. Dziś się udało:) i dziś już świeci u nas Słońce! Wreszcie! Zatem pozdrawiam wszystkich słonecznie:)
Ten blog założyłam, aby nie uciekło zupełnie to, co się dzieje wokół mnie i to, co robię. Ma być też podglądem mojego życia dla bliskich, którzy są daleko. Chcę zamieszczać to wszystko, co robię w wolnym czasie, dużo tego nie będzie, bo wolnego czasu mam mało. Dlatego też chcę zapisywać sobie te cenne chwile. Zapraszam
piątek, 8 lipca 2011
czwartek, 7 lipca 2011
Pierwsza sobota lipca
A to będzie wpis o przyjemnych przyczynach mojego spóźnienia w Projekcie 12/12. Razem z moim bratem zlądowaliśmy u rodziców. Fajnie było, choć to tylko krótkie chwile. W sobotę razem z naszymi drugimi połowami wypuściliśmy się pojeździć po Mazurach.
Zjedliśmy w Starym Młynie - miejsce, gdzie były kręcone sceny do filmu "Przystań". Miło, przyjemnie, piękny widok na wodę, ale nie zachwyciło mnie aż tak, by chcieć tam wrócić.
Za to zauroczyła mnie Stara Kuźnia. Miejsce daleko od drogi, wśród zieleni daje wrażenie bycia na końcu świata. A do tego stara czerwona cegła zagrała na moich uczuciach (mój rodzinny dom jest z takiej cegły;)).
Dodam jeszcze, że mają tam pyszną kawę. I pani, która nas obsługiwała potrafiła zrobić bardzo dobrą latte (to słowa ekspertów - brata, który kiedyś pracował w gastronomii, i bratowej, która jest smakoszem kawy).
I jest też smaczny jabłecznik. A tu ja wybrzydzam:) więc ten bardzo mi przypadł do gustu:)))
A teraz będę marudzić: na blogera, bo nie chce dodawać fotek! Zamieszczenie powyższych trzech zajęło mi kilka godzin! Miałam jeszcze kilka ujęć, ale pokłady cierpliwości się wyczerpują. Trudności z dodanie zdjęć mam od kilku dni;((( Picassa też nie chce fotek przyjmować, a przecież jeszcze nie wykorzystałam swojej pojemności. Czy Wy też tak macie? Może to znów coś z blogerem się dzieje?
Zjedliśmy w Starym Młynie - miejsce, gdzie były kręcone sceny do filmu "Przystań". Miło, przyjemnie, piękny widok na wodę, ale nie zachwyciło mnie aż tak, by chcieć tam wrócić.
Za to zauroczyła mnie Stara Kuźnia. Miejsce daleko od drogi, wśród zieleni daje wrażenie bycia na końcu świata. A do tego stara czerwona cegła zagrała na moich uczuciach (mój rodzinny dom jest z takiej cegły;)).
Dodam jeszcze, że mają tam pyszną kawę. I pani, która nas obsługiwała potrafiła zrobić bardzo dobrą latte (to słowa ekspertów - brata, który kiedyś pracował w gastronomii, i bratowej, która jest smakoszem kawy).
I jest też smaczny jabłecznik. A tu ja wybrzydzam:) więc ten bardzo mi przypadł do gustu:)))
A teraz będę marudzić: na blogera, bo nie chce dodawać fotek! Zamieszczenie powyższych trzech zajęło mi kilka godzin! Miałam jeszcze kilka ujęć, ale pokłady cierpliwości się wyczerpują. Trudności z dodanie zdjęć mam od kilku dni;((( Picassa też nie chce fotek przyjmować, a przecież jeszcze nie wykorzystałam swojej pojemności. Czy Wy też tak macie? Może to znów coś z blogerem się dzieje?
środa, 6 lipca 2011
Projekt 12/12 - czerwiec niestety dopiero w lipcu;(
Spóźniłam się z czerwcowym wyzwaniem, a właśnie na nim bardzo mi zależało, bo dłuższy czas przymierzałam się do zrobienia organizera do torebki. Czerwiec minął mi jakoś tak... dziwnie. Nie ma Ziutka, trochę wyjeżdżałam, z większością spraw nie mogłam się zmobilizować (uszyłam tylko jedną małą rzecz, ale o tym będzie innym razem). To pewnie wszystko przez to, że nie ma Ziutka!
Organizer zaczęłam robić we właściwym czasie, ale kolejny raz wyjechałam i dopiero wczoraj w nocy go skończyłam.
Ostatnio organizery do torebki są bardzo modne, w kilku katalogach wysyłkowych (nie pamiętam nazw, zresztą nie będę robić darmowej reklamy, bo te firmy na reklamę stać:))) znalazłam propozycje różnych organizerów, że tylko cyk i wszystko przekładasz do innej torby. Ciekawa jestem jak są one wykonane, jak z jakością, wykończeniem i z jakiego materiału, czy nie śmierdzą jak kosmetyczki, które jakiś czas temu zamówiłam? Mój organizer nie śmierdzi bo jest z bawełny, drukowanej wprawdzie, ale z bawełny. Tej samej, z której mam chustecznik, więc mam już komplet:)))
Zrobiłam go według tego tutka. Oczywiście musiałam coś zmodyfikować i zmienić:) i dodałam pętelkę na klucze. Można też potraktować ją jako zabezpieczenie i przypiąć organizer do torby w środku.
Powyżej rozłożony, a poniżej zwinięty
Wszystko jest pod ręką: dokumenty moje i autka, telefony służbowy i prywatny, pisadła, krem do rąk i fenistil na ukąszenia, plastry oraz chusteczki do okularów. Koniec stereotypów o damskiej torebce:)))
Dziś już użyłam organizera i mam uwagi, mało praktyczne jeśli chodzi o telefony. Trochę ciężko się je wyjmuje ze zwinietego organizera. A reszta super!
Organizer zaczęłam robić we właściwym czasie, ale kolejny raz wyjechałam i dopiero wczoraj w nocy go skończyłam.
Ostatnio organizery do torebki są bardzo modne, w kilku katalogach wysyłkowych (nie pamiętam nazw, zresztą nie będę robić darmowej reklamy, bo te firmy na reklamę stać:))) znalazłam propozycje różnych organizerów, że tylko cyk i wszystko przekładasz do innej torby. Ciekawa jestem jak są one wykonane, jak z jakością, wykończeniem i z jakiego materiału, czy nie śmierdzą jak kosmetyczki, które jakiś czas temu zamówiłam? Mój organizer nie śmierdzi bo jest z bawełny, drukowanej wprawdzie, ale z bawełny. Tej samej, z której mam chustecznik, więc mam już komplet:)))
Zrobiłam go według tego tutka. Oczywiście musiałam coś zmodyfikować i zmienić:) i dodałam pętelkę na klucze. Można też potraktować ją jako zabezpieczenie i przypiąć organizer do torby w środku.
Powyżej rozłożony, a poniżej zwinięty
Wszystko jest pod ręką: dokumenty moje i autka, telefony służbowy i prywatny, pisadła, krem do rąk i fenistil na ukąszenia, plastry oraz chusteczki do okularów. Koniec stereotypów o damskiej torebce:)))
Dziś już użyłam organizera i mam uwagi, mało praktyczne jeśli chodzi o telefony. Trochę ciężko się je wyjmuje ze zwinietego organizera. A reszta super!
niedziela, 3 lipca 2011
Zakątek Danusi
Pani Danusia to sąsiadka mojej Mamy. Niesamowicie miła, ciepła i życzliwa osoba. To u niej plotłyśmy wianki (poprzedni post). Czasem wyciąga Mamę w różne ciekawe miejsca, ostatnio był to wyjazd po kwiaty lipy do suszenia.
Jak już pisałam ma zielone ręce, co nie posadzi to rośnie pięknie, czego niesamowicie zazdrości mój Tata.
A tak wygląda jej kwitnący zakątek, a ileż tam ptaków urzęduje! Osłonięty od drogi, przyjemny ogród daje masę radości.
Jak już pisałam ma zielone ręce, co nie posadzi to rośnie pięknie, czego niesamowicie zazdrości mój Tata.
A tak wygląda jej kwitnący zakątek, a ileż tam ptaków urzęduje! Osłonięty od drogi, przyjemny ogród daje masę radości.
Koniec oktawy
W ostatni dzień oktawy Bożego Ciała święci się wianuszki z pierwszych kwiatów, ziół, kłosów. Zawsze zajmowała się tym Babcia, gdy jej zabrakło pałeczkę przejęła Mama. Tak się złożyło, że jestem u rodziców i zostałam wciągnięta we wspólne plecenie. Robiłam to pierwszy raz. Pierwszy wianek szedł koślawo, ale przy drugim było już lepiej i sądzę, że rozkręciłabym się w tym pleceniu.
Na wianki Mama umówiła się z sąsiadką Danusią (przemiła osoba, miłośniczka kotów o zielonych dłoniach - u niej nawet suchy kij zakwitnie, będzie o niej w kolejnym poście).
I tak oto wyglądała nasza praca:
I nasze wszystkie dzieła. Mama i pani Danusia pochodzą z różnych stron, ciekawie było słuchać, o zwyczajach jakie panowały u nich. Jedni robią po 3 wianki, do domu i obejścia, inni po jednym tylko do domu. Nasze są głównie z kwiatów, choć są tam też zioła: mięta i krwawnik. Ponoć nasze babcie robiły właśnie z ziół i w razie choroby uszczykiwały z poświęconego wianka i zaparzały.
Czy w Waszych stronach też się święci wianki, ile, z czego?
Na wianki Mama umówiła się z sąsiadką Danusią (przemiła osoba, miłośniczka kotów o zielonych dłoniach - u niej nawet suchy kij zakwitnie, będzie o niej w kolejnym poście).
I tak oto wyglądała nasza praca:
I nasze wszystkie dzieła. Mama i pani Danusia pochodzą z różnych stron, ciekawie było słuchać, o zwyczajach jakie panowały u nich. Jedni robią po 3 wianki, do domu i obejścia, inni po jednym tylko do domu. Nasze są głównie z kwiatów, choć są tam też zioła: mięta i krwawnik. Ponoć nasze babcie robiły właśnie z ziół i w razie choroby uszczykiwały z poświęconego wianka i zaparzały.
Czy w Waszych stronach też się święci wianki, ile, z czego?
piątek, 1 lipca 2011
Wszystko kwitnie
W ostatnią niedzielę zakwitły na mojej podłodze kwiaty:))) Tak, tak na podłodze, bo właśnie na podłodze wyłożonej folią malarską urządziłam sobie filcowanie połączone z seansem filmowym.
Samo oglądanie filmów to dla mnie strata czasu, ale już filcowanie i rzucanie jednym okiem na film, to czysta przyjemność:)
Obejrzałam: "Drżące ciało", "Facet, który gapił się na kozy" oraz "Slumdog - milioner z ulicy", a w tym czasie powstały takie oto kwiaty i kulki na mokro
Jeden z kwiatków już trafił jako prezent do prawie bratowej:) Mam nadzieję, że jej się choć trochę podoba.
Samo oglądanie filmów to dla mnie strata czasu, ale już filcowanie i rzucanie jednym okiem na film, to czysta przyjemność:)
Obejrzałam: "Drżące ciało", "Facet, który gapił się na kozy" oraz "Slumdog - milioner z ulicy", a w tym czasie powstały takie oto kwiaty i kulki na mokro
Jeden z kwiatków już trafił jako prezent do prawie bratowej:) Mam nadzieję, że jej się choć trochę podoba.
Pierwsze zapasy na zimę i orkiestra przed domem
Minął czerwiec i sezon truskawkowy. Dosłownie w ostatniej chwili udało mi się kupić w miarę ładne owoce i schować na zimę. Te większe i ładniejsze zostały zamrożone pojedynczo (będą do ozdoby ciast, galaretek, deserów), a pozostałe zwyczajnie zmiksowałam, przelałam do pojemniczków i zamroziłam. Lubię taki truskawkowy mus bez cukru:)
A przed domem zaczęła grać lipcowa orkiestra:) A ten zapach... ach, piękny czas!
I skusiłam się na pierwsze w tym roku maliny. Smakowity czas trwa:)
Poza tym sporo się dzieje:) Głównie za sprawą Wiewiórki:) Ale o tym będzie innym razem.
A przed domem zaczęła grać lipcowa orkiestra:) A ten zapach... ach, piękny czas!
I skusiłam się na pierwsze w tym roku maliny. Smakowity czas trwa:)
Poza tym sporo się dzieje:) Głównie za sprawą Wiewiórki:) Ale o tym będzie innym razem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















